Trudna sztuka wygrywania

Porażkę w Białymstoku zwykło się już określać jako nieszczęśliwą. Lech miał więcej z gry, osiągnął miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki, łatwo przedostawał się pod bramkę przeciwnika. Gdyby za to wszystko przyznawano punkty, wygrałby bezapelacyjnie. Futbol polega jednak na zdobywaniu goli. Nie trzeba frontalnie atakować, zepchnąć przeciwnika do obrony. Wystarczy jedno mądre podanie, by zdziałać o wiele lepiej niż ten, kto hołduje przekonaniu: trzeba utrzymywać się przy piłce, bo kiedy my ją mamy, to nie ma jej przeciwnik.

Nad stadionem (a właściwie połową stadionu) w Białymstoku unosił się duch Jose Mari Bakero. Zawodnicy Lecha podawali do siebie, spokojnie zdobywali teren, rozglądali się za zawodnikiem, którego można byłoby obsłużyć dobrą piłką. W pierwszej połowie taki sposób gry jeszcze nie raził. W drugiej wywoływał niecierpliwość. A pod koniec meczu, gdy trzeba było gonić wynik, wprawiał kibiców we wściekłość. Cieszyli się z tego tylko gospodarze, bo taka taktyka przeciwnika była dla nich wymarzona. Wystarczyło zamknąć się na swojej połowie, przyglądać się poczynaniom Lecha, w stosownym momencie przejąć piłkę i kilkoma szybkimi podaniami stworzyć groźną sytuację.

Lista błędów, które popełnili piłkarze Lecha, jest długa. Nie chodzi tu o brzemienne w skutki pomyłki indywidualne. Mam na myśli błędy w ustawieniu, w sposobie rozgrywania piłki, w podejściu do przeciwnika. W ataku zawodnicy Kolejorza najczęściej kierowali piłki akurat tam, gdzie nie było żadnego kolegi z zespołu. Ich akcje były schematyczne. Z góry było wiadomo, jak zagrają. Nawet kiedy Kasper Hamalainen błyskawicznym podaniem gubił obrońców wyprowadzając na dobre pozycje kolegów, ci za każdym razem wykonywali jeszcze jedno, ale już o wiele gorsze podanie. Czegoś w tych atakach brakowało. I nie było to tylko szczęście.

Jeżeli ma się jedną, dwie sytuacje bramkowe, dzięki którym jest szansa wygrać ważny mecz, ale się ich nie wykorzystuje, można mówić o pechu. Kiedy sytuacji takich ma się bez liku i marnuje się je w sposób koncertowy, mówimy o braku odporności psychicznej, koncentracji, szybkości, refleksu, automatyzmu. Racjonalnie i jednoznacznie tego nie wytłumaczymy, to jest splot wielu różnych okoliczności. W piłce spotykamy się z tym często, dlatego tak ważna jest umiejętność zdobywania bramek. Tylko w tej dyscyplinie sportu nie dziwimy się, gdy drużyna teoretycznie słabsza, z gorszymi zawodnikami, ogrywa zdecydowanego faworyta. Jak mawiają klasycy – w piłkę nożną gra się głową.

W ubiegłym sezonie Lech wygrał mnóstwo spotkań, w których wcale nie był drużyną dużo lepszą. Działo się to tak często, że nie możemy mówić o nadzwyczajnym szczęściu, tak jak teraz nie mamy do czynienia z pechem. Umiejętność zwyciężania to trudna sztuka. Nie każdy i nie zawsze potrafi ją opanować. Kto sobie z tym nie radzi, może uskarżać się na wszystko, tylko nie na zły los. Jeżeli ktokolwiek w takiej sytuacji ma prawo nazywać się pechowcem, to tylko fani Lecha. Oni nie mają wpływu na grę swoich ulubieńców. Kibicują drużynie, która od początku sezonu nieustannie ich zawodzi.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli