Co nam zostało po hicie jesieni?

Choć mieliśmy nadzieję, że Lech wróci do tradycji wygrywania z Legią, nie do końca w to wierzyliśmy. To prawda, że naszą eksportową drużynę leje każdy europejski średniak, że po kolejnej pucharowej porażce zjawiła się w Poznaniu zmęczona psychicznie i fizycznie, w dodatku bez kilku ważnych zawodników. W normalnych warunkach pokonanie jej nie byłoby problemem. Lech nie jest teraz niestety w sytuacji normalnej. Gra lepiej niż na początku sezonu, ale do dawnej klasy trochę mu jeszcze brakuje.

To był typowy mecz walki. Zawodnicy nie odstawiali nóg ani głów, podjęli walkę wręcz. Legioniści byli w tym tak bardzo zawzięci, że kiedy w okolicy nie było żadnego piłkarza Lecha, walili się głowami między sobą. Na boisku lała się krew, a po meczu biedaczek Kosecki, który zaatakował kolegę z drużyny bykiem, specjalista od złośliwego faulowania, symulowania ciężkich kontuzji i zdradzania dziennikarzom, co piłkarze mówią sobie na boisku, uskarżał się na brutalne traktowanie go przez przeciwników, na polowanie na niego. Widzieliśmy, jak było naprawdę, traktujemy więc wypowiedzi legionisty jako skutek mocnego uderzenia w głowę.

Lech ma w składzie zawodników nietuzinkowych. Hamalainen, Murawski, Lovrencsics, Claasen, mogliby grać w ligach znacznie mocniejszych niż polska. Barry Douglas spisuje się coraz lepiej i teraz już wiemy, że jego podania i strzały lewą nogą przyniosą Lechowi dużo pożytku. Marcin Kamiński nie tylko dobrze gra w defensywie, potrafi też znakomicie wyprowadzić piłkę z własnej połowy, a czasami nawet wychodzi mu udane podanie do partnera. Hubertowi Wołąkiewiczowi zdarza się wyłożyć przeciwnikom piłkę na strzał, ale potrafi też popisać się zagraniem fantastycznym, takim jak podanie przez całe boisko do Douglasa, po którym padła bramka przeciwko Legii. Trzon zespołu to zawodnicy klasowi. To jednak jeszcze nie jest mocna drużyna.

W meczu z Legią Lech, choć grał u siebie, nie radził sobie z długim utrzymywaniem się przy piłce. Nawet obrońcy nie potrafili długo mieć jej w posiadaniu. Wystarczyła szarża jednego napastnika Legii, by nastąpiło bojaźliwe wycofanie do bramkarza, ten zaś wybijał piłkę na ślepo, najczęściej wprost pod nogi inicjującego groźny atak przeciwnika. Tak nie grają dobre drużyny. Tak nie gra się już nawet w zapuszczonej piłkarsko Polsce. Takie zagrania powinny być zakazane. Podobno Smuda karał swych podopiecznych za długie podania, z pominięciem środka boiska. Sposób, w jaki Lech w niedzielę dawał szanse na grę Legii zasługuje na surowe napiętnowanie.

Szymon Pawłowski zagrał po raz pierwszy od dawna w wyjściowym składzie. Potwierdził, że znakomicie panuje nad piłką, potrafi celnie ją skierować tam, gdzie chce, zmylić zwodami przeciwników. Po prostu – potrafi dobrze grać w piłkę. Jest jednak bezużyteczny, gdy trzeba męsko o nią powalczyć. Być może podświadomie boi się prześladujących go kontuzji. Ten piłkarz bardzo dobrze czułby się po zmianie przepisów gry w piłkę nożną – gdyby stała się ona bezkontaktowa. Jestem jednak przekonany, że zapewni Lechowi niejedno zwycięstwo, strzeli piękne bramki, popisze się mądrymi asystami. W meczu z Legią jeszcze tego nie było.

Szymon Pawłowski z konieczności wystawiany jest na boku boiska. Szkoda, że do Poznania nie udało się latem sprowadzić szybkiego, celnie podającego skrzydłowego, choćby takiego jak Lovrencsics. Nieobecny w niedzielę Claasen i Szymek to świetni piłkarze, dużo wniosą do gry Lecha. Znacznie więcej wniósłby jednak ktoś taki, jak Ojamaa. Legia miała po jednej stronie jego, po drugiej Koseckiego. Jej skrzydła były groźniejsze i bardziej kreatywne. Lechowi wyrównanie zapewnił skrzydłowy, wsparty ofensywnie grającym bocznym obrońcą. Być może padłaby i druga bramka, gdyby miał równie mocne drugie skrzydło.

Pech Lecha polega na tym, że akurat teraz, gdy z różnych przyczyn czołowi piłkarze z Poznania nie pokazują szczytu formy, ligowa jesień trwa bardzo długo. Trzeba rozegrać wiele jeszcze spotkań teoretycznie wiosennych. Oby nadrabianie letnich zaległości przebiegało sprawnie i szybko. Całe szczęście, że po sezonie zasadniczym odbędzie się ciąg dalszy. Im mniejsza będzie strata do czołówki, tym większe nadzieje, że pod koniec wiosny uda się ją zredukować całkowicie.

Po ligowym klasyku wiemy, że Lech potrafi grać twardo, ambitnie, że ma w składzie dobrych piłkarzy, ale nie pokazuje jeszcze formy, na którą z utęsknieniem czekamy od końca ubiegłego sezonu. Drużynie łatwiej byłoby dojść do wysokiej klasy, gdyby spotkania takie, jak z Legią rozgrywała nie dwa razy do roku, ale przynajmniej raz na miesiąc. Polska liga nie potrafi wyzwolić pełnej energii ani z piłkarzy, ani z publiczności. Za mało tu emocji, za mało piłkarskiej klasy, za dużo bylejakości, nie można więc liczyć na regularne zapełnianie trybun. Ceny biletów na ligowe mecze nie odpowiadają temu, co można przeżyć na stadionie. Równowaga jest zachwiana, tracimy na tym wszyscy.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli