Trenerskie przeistoczenie. Jak  je tłumaczyć?

Nawet gdy beznadziejnie grający Lech przegrywał w lidze mecz za meczem, a w pucharowych eliminacjach dawał słabeuszom nadzieje na sprawienie sensacji, nikt nie kwestionował kwalifikacji Johna van den Broma. Gdy piłkarze Kolejorza potykali się o własne nogi, nie potrafili wymienić kilku podań wydawało się pewne, że dni Holendra są policzone, bo w tym środowisku sobie nie radzi. Powtarzały się opinie, że nawet minimalistycznie usposobiony zarząd Lecha podejmie kroki ratunkowe. Tak było jeszcze w sierpniu. We wrześniu van den Broma wybrano najlepszym trenerem ekstraklasy.

Trudno o lepszy dowód na całkowitą nieprzewidywalność futbolu. Kilka tygodni wcześniej nikt nie mógł się spodziewać tak wielkiej przemiany. Do dziś nie wiadomo, co odmieniło postawę Lecha. Skompromitował się w Baku, w Poznaniu łatwo ogrywały go Stal Mielec i Wisła Płock, pozwolił sobie na dogrywkę z Islandczykami, desperacko bronił się przed naporem Luksemburczyków. Chwilę później walczył jak równy z równym z Villarreal, rozniósł renomowany zespół austriacki. Przyznająca trenerowi nagrodę spółka Ekstraklasa wyliczyła, że wrześniu nikt nie zdobył w lidze większej liczby punktów (7). Wygrywać zaczął zresztą jeszcze w sierpniu.

Sam zainteresowany skromnie twierdzi, że przyczyną odrodzenia Lecha jest przede wszystkim powrót do gry kontuzjowanych zawodników, ale chyba nastąpiło jeszcze coś, skoro odmieniła się gra tych piłkarzy, którzy leczyć się nie musieli. Być może zadziałały ciężkie treningi zaaplikowane w okresie przygotowawczym, piłkarze złapali teraz świeżość, a zgubili ociężałość, trener mógł częściej rotować składem, a zwycięstwa dały pewność siebie. Najbardziej prawdopodobne, że wszystkie te czynniki nałożyły się na siebie.

John van den Brom może czuć satysfakcję, ale i dużą niepewność, bo prawdziwie ciężka próba dopiero na Lecha czeka. Trener potwierdzi swą wartość, gdy jego zespół udanie przebrnie przez maraton trudnych i bardzo ważnych w kontekście oceny całego sezonu spotkań. Już w sobotę trzeba o połowę zmniejszyć punktowy dystans dzielący Kolejorza od Legii. W czwartek wypada wykorzystać atut swego boiska w starciu w Lidze Konferencji z zespołem z Izraela. A potem ciąg dalszy maratonu. Do listopada, począwszy od teraz, trzeba rozegrać co najmniej tuzin meczów: 7 w ekstraklasie, 4 w Lidze Konferencji, przynajmniej 1 w Pucharze Polski (jeśli uda się wyeliminować Śląsk, 9 listopada na Lecha czeka kolejny rywal).

Nie tylko boisko przy Bułgarskiej nie wytrzyma tak potężnej dawki, trzeba je wymienić. Muszą ją znieść także piłkarze. Trener pokazał, w jaki sposób, zamiast narzekać na słabych zmienników czołowych graczy, można dokonywać wyborów nieoczywistych, a mecze i tak wygrywać. W zdobywaniu punktów nie przeszkadza gra „od dechy do dechy” młodego Szymczaka, słabsza dyspozycja Amarala, całkowity brak formy Rebocho, do niedawna czołowego gracza Lecha. Kiedy dzieją się rzeczy tak trudne do wyjaśnienia, nie ma co bawić się w przewidywanie wyników. Zdarzyć się może absolutnie wszystko, co dobre i złe, choć kibicowskie serce podpowiada, że limit przykrych zaskoczeń już się wyczerpał.

Udostępnij:

Podobne

Zęby bolą, ale serce się cieszy

Mecze naszej reprezentacji narodowej ogląda się albo ze wstrętem i smutkiem, albo z radością z osiągniętego wyniku, ale nigdy z zachwytem nad pięknem płynnej gry.

Kalendarz wywrócony do góry nogami

Kiedy zapanowała pandemia i piłkarskie rozgrywki ligowe we wszystkich krajach zostały zawieszone lub przedwcześnie zakończone, wydawało się, że nigdy już nic równie nienormalnego się nie