Słaby Lech na Superpuchar nie zasłużył

To mistrz kraju był faworytem meczu przeciwko zdobywcy Pucharu Polski. Nie z powodu przypadającej mu roli gospodarza, ale głównie ze względu na problemy Legii, która nie potrafi uregulować klubowych finansów, transferów jeszcze nie zaczęła, odwrócili się od niej kibice, w czwartek grała ważny mecz pucharowy, a już we wtorek leci na rewanż do Kazachstanu. Jednak to ona, jak się okazało, dysponuje mocniejszą drużyną, lepiej zorganizowaną. Miała też coś do udowodnienia rywalowi, który nie zgodził się na przełożenie tego spotkania.

Skład, w jakim Lech przystąpił do prestiżowego pojedynku, zbulwersował kibiców. Do licznej już grupy kontuzjowanych zawodników dołączył Thordarson. Z powodu braku w klubie zdolnych do gry skrzydłowych trener sięgnął po Fiabemę. Na drugiej stronie pozycjami wymieniali się Pereira i Gumny, co dobrze nie wróżyło. Od wielu miesięcy atak Lecha to Ishak i… nikt więcej. Klub zapowiedział sprowadzenie napastnika, klasowego skrzydłowego i kogo tam jeszcze, ale kilka dni przed wznowieniem rozgrywek trener musi sztukować skład na ważny mecz i modlić się, by nie „wysypali” mu się kolejni zawodnicy, bo za chwilę trzeba będzie sięgać po juniorów z rezerw. Jak ludzie rządzący klubem wyobrażają sobie w tej sytuacji granie co trzy dni?

Trudno się dziwić, że od pierwszych minut ujawniła się przewaga Legii, bardziej zdecydowanej w atakowaniu, szybszej, łatwo zdobywającej teren. Na tle słabego Lecha zawodnicy grający w Warszawie od dawna mogli błyszczeć, raz po raz tworzyć groźne akcje, zamykać gospodarzy na ich połowie, szachować ich pressingiem. Dopiero po przerwie na oddymienie stadionu Lech złapał oddech, starał się zwiększyć posiadanie piłki, do odzyskania kontroli nad meczem dużo mu jednak brakowało. Nie miał pomysłu na ofensywę. Wszystkie próby stosowania przerzutów na skrzydła były fatalne, Legia łatwo przejmowała byle jak uderzaną piłkę i inicjowała kolejne ataki. Częściej egzekwowała rzuty rożne.

Jedno, co w Lechu mogło się podobać, to w kilku przypadkach dobra postawa i doświadczenie w defensywie Roberta Gumnego. Niezłe było też wychodzenie spod pressingu z zastosowaniem serii krótkich podań. Tyle, że po dojściu do linii środkowej gospodarze gubili koncept. Słabo w nowej roli wypadł Pereira, nigdy nie zostanie skrzydłowym. Ani razu nie stworzył podaniem kolegom dobrych sytuacji. Inna sprawa, że nie za bardzo miał do kogo podawać, ofensywa Lecha była w rozsypce. Sousa grał zrywami. Ładne akcje przeplatał prostymi stratami i niecelnymi podaniami. Nie było co marzyć o wyprowadzeniu kontrataku, brakowało znających się na tym piłkarzy. Fiabema, który zresztą próbował oddawać strzały, nie ma piłkarskich kwalifikacji.

Legia jeszcze przed przerwą osiągnęła to, co chciała. Najpierw Wszołek, przy złej postawie defensywy, głową przerzucił Mrozka dając swej drużynie prowadzenie. Potem Szkurin, przy fatalnej, nieskoordynowanej defensywie Lecha wyszedł na dobrą pozycję łatwo podwyższając wynik. Już było jasne, że Lech ma za mało jakości, by cokolwiek tego dnia osiągnąć. Nadzieja zaświtała tylko przez chwilę, gdy będący w dobrej sytuacji Ishak trafił tylko w poprzeczkę. Obecna drużyna jest słabsza niż ta, która w maju, przy równie licznej publiczności, zdobywała mistrzostwo. Druga połowa zaczęła się zresztą od dojrzałej gry gości, którzy pozwalali Lechowi częściej utrzymywać się przy piłce. Podania wszerz boiska niczego mu dać nie mogły, na nic innego nie było go stać. Trzeba się było przy tym bać przechwytów gości i groźnych kontrataków. Na widowni rozlegały się gwizdy, padały słowa oburzenia, gdy po przechwycie piłki Kozubal nie widział potrzeby kierować jej szybko do przodu, lecz zwalniał grę, podawał do tyłu. Młody pomocnik Kolejorza wyraźnie stracił formę w okresie, gdy powinien był ją budować.

Kiedy wydawało się, że dwubramkowe prowadzenie Legii utrzyma się do końca, w poprzeczkę trafił Milić, a potem Lech szybko wyprowadził piłkę z własnej połowy. Sousa podał do Szymczaka, a ten strzałem głową zdobył kontaktowego gola. Jest to piłkarz, który ma odejść z Lecha, a na boisko wszedł dlatego, że trzeba się ratować tym, co pozostało jeszcze w klubie i jest zdolne do gry. Stało się to 10 minut przed regulaminowym końcem meczu i stanowiło najciekawszy jego fragment, bo Lech dopiero wtedy zaczął grać trochę szybciej i energicznej, częściej meldował się pod bramką rywala, a Legia groźnie kontratakowała. Schematycznie i statycznie grający gospodarze nie potrafili niestety wykrzesać z siebie chęci do prawdziwej walki w ostatnich minutach.

W ostatnim kwadransie kibice pierwszy raz ujrzeli w akcji nowego skrzydłowego Bengtssona. Na tym etapie pewne jest tylko to, że w przeciwieństwie do Fiabemy potrafi grać w piłkę. Goście bez problemów dowieźli wynik i stanęli na podium. Publiczność opuszczała stadion mocno rozczarowana i zła na klub, którego nie było stać na należyte przygotowanie drużyny mającej walczyć o konkretne cele. Jeśli w najbliższych dniach nie nastąpią wreszcie ruchy dające trenerowi narzędzia do pracy, to ten sezon zacznie się dokładnie tak, jak wszystkie poprzednie po zdobyciu mistrzostwa – szybkim pozbawieniem się szans na zdyskontowanie sukcesu.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny