Wystarczyła klasa kilku piłkarzy, by pokonać Zagłębie Lubin 3:1. Mówiąc uczciwie, nie było to zwycięstwo zasłużone. Kolejorz grał denerwująco słabo, momentami nieporadnie, przez większą część meczu był w opałach, ale o wyniku zadecydowały trzy piękne bramki czołowych graczy całej ekstraklasy. Utrzymanie pozycji lidera cieszy, jakość gry jednak nie napawa optymizmem przed trudnym wyjazdem do Szczecina.
Zaczęło się pięknie. Już w 2 minucie Lech wywalczył rzut wolny z odległości prawie 30 metrów od bramki. Do piłki podszedł Walemark. Wydawało się, że poda ją do wbiegających pod bramkę kolegów. Uderzył jednak bardzo mocno i precyzyjnie trafiając w samo „okienko”. To był cudowny gol. Kiedy Lech wychodzi na prowadzenie, zwłaszcza na własnym stadionie, rzadko nie odnosi zwycięstwa, a kiedy bramkę strzeli szybko, spotkanie kończy się wysokim wynikiem. Następne minuty zaszokowały jednak publiczność, o połowę zresztą mniej liczną niż na poprzednich meczach. Lech stanął. Dał się zepchnąć do głębokiej defensywy.
Zagłębie ostro natarło widząc, że Lech sprawia wrażenie niezainteresowanego prowadzeniem gry. Defensorzy zaczęli popełniać błędy, wybijali na oślep. Raz po raz przed bramką Mrozka dochodziło do kotłowaniny. Lech jakoś potrafił się ratować, ale dojście z piłką choćby do środka boiska było dla niego wyczynem zbyt trudnym. Raz po raz wracała ona w pole karne. Po 10 minutach rozpaczliwej obrony stało się to, co się stać musiało – Zagłębie wyrównało, zupełnie zresztą zasłużenie. Spotkanie zaczęło się więc od początku, ale teraz Lech spróbował przejść do ofensywy. Nie kleiła się ona zbytnio. Nic nie zapowiadało powodzenia, natomiast Zagłębie wciąż było groźne w ofensywie. Tyle, że ataków gości było teraz mniej.
Źle to wszystko wróżyło na dalszą część meczu. Na szczęście Lech ma w składzie Walemarka. Szwed tego dnia czuł się bardzo pewnie. Udanie dryblował, brał grę na siebie, a przede wszystkim strzelał, jako jedyny w drużynie. Kiedy przejął piłkę nieudolnie wybitą przez obrońców Zagłębia, zaczął rajd, minął zwodem rywala i mocno uderzył lewą nogą trafiając w tzw. długi róg. Stało się jasne, że to jego mecz, może pokonać gości w pojedynkę. Do przerwy nic już się nie zmieniło. Choć Lech nie skonstruował żadnej ciekawej akcji, był mniej groźny od przeciwnika, do szatni zszedł z prowadzeniem. Goście mogli być rozczarowani, grą Lechowi nie ustępowali, oddawali więcej strzałów, lecz brakowało im skuteczności, przez cały zresztą mecz.
Kto liczył, że po przerwie Lech się ogarnie i wróci do gry z jesieni, albo z meczu z Widzewem, musiał się rozczarować. Goście uzyskali przewagę. Nadal częściej strzelali i wykonywali rzuty rożne, na szczęście równie „skutecznie”, jak Lech. Po kolejnych nieudanych zagraniach gospodarzy na widowni rozlegały się gwizdy, zwłaszcza po niecelnych wybiciach piłki przez Mrozka, który obronił kilka groźnych strzałów, ale z uporem maniaka kierował podania do przeciwników. Próbowali oni, podobnie jak ostatnio Raków, zastosować pressing. Na szczęście dla Lecha, nie radzącego z tą bronią, nie mieli sił, by czynić to przez cały mecz. Nie musieli jednak być w tym skuteczni, bo gospodarze sami próbowali napytać sobie biedy popełniając fatalne błędy, przegrywając większość pojedynków.
Przewaga Zagłębia długimi okresami była duża, a Lechowi nie wychodziło nic, więc wydawało się, że pełnią szczęścia będzie dla niego dowiezienie nikłego prowadzenia do ostatniego gwizdka. A jednak pod koniec spotkania wyszło mu to, co wcześniej nie udało się ani razu – szybki atak po odbiorze piłki. W polu karnym otrzymał ją od rezerwowego Jagiełły Carstensen i oddał mocny strzał trafiając idealnie. Mimo dwubramkowego prowadzenia gospodarzy mecz nie był rozstrzygnięty, przynajmniej dla Zagłębia, które ambitnie atakowało do końca, a Lech liczył upływające minuty. Końcowy gwizdek wszyscy z wyjątkiem lubinian przywitali z westchnieniem ulgi.
Trener Frederiksen próbował poprawić grę swej drużyny zmianami. Niewiele one jednak wnosiły. Bohaterami meczu byli strzelcy goli, zwłaszcza Walemark, gwiazda całej ligi. Carstensen dowiódł, że przewyższa umiejętnościami Pereirę. Sousa natomiast zagrał tym razem słabiej. Ishak jak zwykle harował na całym boisku, był aktywny, choć w ataku niewiele mógł zdziałać. Ani Thordarson, ani jego zmiennik Kozubal nie zawiedli. Denerwująco słabo, zwłaszcza w pierwszej połowie, grali obrońcy Lecha. Na ostatnie minuty trener zdjął z boiska Gurgula wprowadzając trzeciego środkowego, Salamona.




