Pokonali własne słabości. A potem Lozannę

Okropne męki cierpiał Lech w meczu Ligi Konferencji przeciwko Lausanne Sport. Prawie wszyscy zawodnicy zagrali poniżej możliwości, zmagali się przede wszystkim z własnymi słabościami. Wydawało się, że robią co tylko możliwe, by nie wygrać, fatalnymi stratami napędzali ofensywę przeciwnika, który nie wykorzystał stuprocentowych okazji bramkowych. Piłka nie zawsze jest sprawiedliwa. Lech mimo tego wypunktował Szwajcarów 2:0 i wciąż ma szanse na grę w pucharach wiosną.

Luasanne Sport przyjechało do Poznania z opinią drużyny preferującej ofensywę, atakującej przeciwników pressingiem, strzelającej dużo goli. Już pierwsze fragmenty pokazały, że nie jest to ekipa składająca się z klasowych zawodników, raczej średniak, z którym poradziłoby sobie wiele zespołów polskiej ekstraklasy. I jedna, i druga drużyna miała na boisku sporo miejsca i swobody. Brakowało ścisłego krycia i ostrego nacierania na graczy będących przy piłce. Mecz toczył się powoli i nie stał na dobrym poziomie.

Początkowo Lech ze swobodą konstruował akcje ofensywne, nic z nich jednak nie wychodziło. Wszystkie były schematycznie, zawsze prowadziły do podania na lewą stronę do Palmy. Ten łatwo przyjmował podania, także te dalekie, ale potem już nie bardzo wiedział, co robić z piłką. Oddał bardzo niecelny strzał, często przerzucał na drugą stronę pola karnego, szukał kolegów będących blisko bramki. W pierwszej połowie Lech miał tylko jedną dobrą okazję bramkową, po jego dobrym dograniu. Niestety Ishak fatalnie spudłował.

Piłkarze ze Szwajcarii grali inaczej, niż można się było spodziewać, nie prezentowali dużej szybkości. Nie mieli w składzie zawodników klasy Gholizadeha, czarującego świetnymi zagraniami, ale często niedostrzeganego przez partnerów. Ali nawet nie próbował oddawać strzałów. Jedyny celny, z dystansu, wykonał Kozubal. Z czasem zaczęły się nasilać błędy piłkarzy Lecha. Średnio raz na minutę mylił się i tracił piłkę Rodroguez, gubił ją Kozubal, tragicznie niecelnie podawał Pereira, powtarzał to raz za razem, ku rozpaczy kibiców i trenerów. Widząc te słabości rywal zaatakował energiczniej, a Lech gasł z minuty na minutę, nie wychodziło mu kompletnie nic, w końcu przestał walczyć, jakby grał w liczebnym osłabieniu. Ostatnie minuty przed przerwą to okres silnej przewagi Szwajcarów, którzy nacierali, seriami wykonywali rzuty rożne.

Po zmianie stron Lech zagrał energiczniej, przystąpił do ofensywy, zamknął rywali na ich połowie. Dużo ożywienia wnieśli potem zmiennicy – skrzydłowi Bengtsson i Ismaheel. Cóż z tego, skoro Lech uparł się, by rozdawać prezenty. Kilka razy wyprowadzający piłkę Pereira podał wprost do rywala, w sumie strat miał tuziny. Powtórzył to Kozubal, a gdy coraz słabszego Pereirę zastąpił Gumny, i on zaczął występ od obsłużenia przeciwnika. Lausanne robiło wszystko, by te prezenty wykorzystać, napędzało się z każdą chwilą, defensorzy Lecha byli w coraz większych opałach. O ile Mońka radził sobie dobrze, kilka razy uratował Lecha zdejmując rywalowi piłkę z nogi, to Skrzypczak był zagubiony, mylił się, wchodził w przeciwnika tak, jakby miał problemy z poruszaniem się.

Wyglądało to coraz gorzej i wydawało się, że Lech za tak beznadziejną postawę musi być ukarany, zdarzyło się jednak coś trudno wytłumaczalnego. Gospodarze rzadko wydobywali się spod naporu, grali niczym sparaliżowani, ale w końcu udało im się rozegrać piłkę, trafiła ona do Bengtssona, potem Palmy, wreszcie Jagiełły, ten zaś prostopadłym podaniem obsłużył Ismaheela i niespodziewanie Lech objął prowadzenie pokazując, jak okrutny bywa futbol.

Największa przewaga gości dopiero miała nastać. Lech już tylko się bronił., by jakoś dowieźć prowadzenie. Nie mógł liczyć na kontrę z powodu dramatycznego braku czucia piłki. Kiedy wreszcie udało się ją wyprowadzić, Kozubalowi wystarczyło podać do wychodzącego na „czystą” pozycję Palmy i gol byłby murowany. Młody gracz szukał jednak rozwiązań trudniejszych i koncertowo szansę zmarnował, doprowadzając prawie 20-tysięczną publiczność do rozpaczy.

Mecz został przedłużony o 6 minut i był to okres tłamszenia Lecha. W zadziwiający sposób piłka nie wpadała do bramki Mrozka, rozpaczliwie ratował go Gumny. „Obrona Częstochowy” wciąż jednak trwała, bo zawodnicy Kolejorza tak wybijali piłkę, że po sekundach wracała ono w ich pole karne. Sekundy czasu doliczonego dłużyły się. Tuż przed końcem Ismaheel próbował utrzymać piłkę na połowie rywala, ale kiedy stwierdził, że jest okazja pobiec z nią do przodu, zaskoczył szwajcarską obronę obsługując rezerwowego Agnero, który zamknął ten dziwny mecz.

Udostępnij:

Podobne

Ali zostaje w Lechu!

Wydawało się, że zerwanie więzadeł w kolanie wyklucza przedłużenie kończącego się w czerwcu kontraktu i nigdy już kibice Lecha nie zobaczą swej irańskiej gwiazdy na

Tych punktów może zabraknąć

To miał być najłatwiejszy z ostatnich w sezonie meczów Lecha. Gdy lider spotyka się na własnym stadionie ze słabeuszem, wynik wydaje się przesądzony. Jednak kandydat