W ubiegłym sezonie Kolejorz długo pozostawał z szansami na mistrzostwo, brakowało bowiem zainteresowanych tym tytułem. Potem jednak wszystko się posypało, żałosna postawa drużyny oburzyła wszystkich związanych z klubem uczuciowo. Cztery kolejki przed końcem obecnego sezonu, mimo frajerskiej postawy w Radomiu, Lech wciąż jest w grze o trofeum. Wystarczy wygrywać i liczyć na potknięcie Rakowa. Jednak przedmiotem kibicowskich rozmów nie jest wielka szansa, ale piętrzące się problemy, które nie mają prawa dotykać czołowego klubu w kraju.
Podczas spotkania trenera Frederiksena z dziennikarzami, w kluczowym punkcie sezonu, mowa była głównie o słabościach, kłopotach. O sprawach, które nie powinny dotyczyć drużyny aspirującej do wygrania ligi. Lech jawi się jako drużyna specjalnej troski. Taka, która w drugich połowach kolejnych meczów nie potrafi zmusić się do walki. Świetnie opłacani zawodowcy zamieniają się w sparaliżowanych strachem juniorów, mających kłopot z wyprowadzeniem piłki spod własnej bramki, tłamszonych przez przeciętnego, ale silniejszego fizycznie, szybszego, bardziej zdeterminowanego przeciwnika. Aż trudno uwierzyć w takie kuriozum.
Kadra Lecha nie jest wyrównana. Kilku graczy prezentuje wysoki poziom, reszta stanowi tło. I tak się akurat składa, że gwiazdy nie tylko Lecha, ale całej ligi, raz po raz wyłączają się z gry z powodu kontuzji. Najczęściej niedomagają najlepsi w ekstraklasie: Walemark, Sousa, Gholizadeh, Salamon. Rzadko się zdarza, by trener miał ich wszystkich do dyspozycji. Walemark prawdopodobnie w sobotę nie zagra, Gholizadeh wrócił z konsultacji w Monachium z nadziejami, że zdrowie mu dopisze, uczestniczył zresztą w środowym treningu. Sytuacja zdrowotna jest dynamiczna, do ostatniej chwili nie będzie wiadomo, na kogo Frederiksen może liczyć. Zagrożony jest Salamon, trudno liczyć na Douglasa. Prawdopodobnie partnerem w obronie Milicia, też miewającego zdrowotne problemy, znów będzie młody Mońka.
Kontuzje występują w każdym zespole, ale nie na taką skalę. Lech rywalizuje tylko na jednym froncie, nie gra w środku tygodnia. Skąd więc ten brak zdrowia? Czy należy to łączyć z tym, co trener podkreślał po meczu w Radomiu – słabością fizyczną piłkarzy przegrywających starcia z gospodarzami, brakiem intensywności w grze? To nie ma prawa się dziać w takim momencie. Zwłaszcza, gdy piłkarze, trenerzy, także władze klubu zapowiedzieli walkę o mistrzostwo. Teraz sprawiają wrażenie zrezygnowanych. Coś się tu nie zgadza.
W sobotę osłabiony (choć nie wiemy, w jakim stopniu) Lech musi sobie poradzić ze zdesperowaną Puszczą Niepołomice. To rywal twardo, fizycznie walczący wręcz, nadrabiający w ten sposób braki w piłkarskiej jakości, wyspecjalizowany w kontrowaniu i wykorzystywaniu stałych fragmentów, zdobywający gole z niczego. Umiejętności Lecha na nic się nie zdadzą, jeśli nie podejmie walki. Nie może sobie pozwolić na stratę punktów, która wzbudziłaby powszechne oburzenie. Trzeba wygrać i wierzyć w szczęśliwą gwiazdę Ivana Djurdjevicia, który w Mielcu najął się do pracy w charakterze ratownika. Kilka godzin przed meczem Lecha postara się ograć lidera.



