Kilkanaście minut przed końcem meczu Lecha w Radomiu wydawało się, że mimo tragicznej gry po przerwie wszystko ma w ręku. Potem niestety stało się to, co wisiało w powietrzu. Rozpaczliwie grająca obrona pękła, błędy nawarstwiły się. Drużyna funkcjonująca tak, jak w drugich połowach meczów w Lublinie i Radomiu na mistrzostwo nie zasługuje. Szanse jeszcze są, ale trzeba liczyć na cud: wygranie czterech meczów przy potknięciu (lub potknięciach) Rakowa.
Tym razem gwiazdy Kolejorza, które pozwalały wygrywać mecze mimo słabej, obfitującej w błędy gry całej drużyny, nie pomogły. Sousa nie zaistniał. Gholizadeh był aktywny, starał się, niczego niestety nie zdziałał. Walemark podobno ma aktualnie zdrowie tylko na jedną połowę, ale zagrał jeszcze mniej, bo ledwo kilkanaście minut. Zdążył asystować Ishakowi przy strzeleniu trzeciego gola, nie uznanego jednak z powodu milimetrowego spalonego. Gdyby otrzymał choćby pół godziny, być może jego umiejętności pozwoliłby odwrócić zły los.
Każdej drużynie zdarza się słabiej zagrać w jednej połowie. Lecha to nie dotyczy, on ma po prostu wady strukturalne. Dwa razy pod rząd na wyjazdach po przerwie przestaje grać. Wystarczy, że rywal okaże trochę determinacji, a wszystko się sypie. Roztrzęsieni kandydaci na mistrza Polski nie silą się na konstruowanie akcji ofensywnych. Ograniczają się do bezładnego wybijania piłki. To nie zdarza się nikomu w tej lidze, każdy zespół realizuje jakiś plan. Mimo wszystko można było liczyć na dowiezienie zwycięstwa, dopóki kontuzja Salamona wymusiła wejście na pozycję wymagającą szczególnej odpowiedzialności młodziutkiego Mońki. I stało się. Potem jeszcze ośmieszyła się cała obrona, zawiódł nawet Mrozek.
Roztrwonienie w samej końcówce meczu dwubramkowej przewagi to w futbolu zjawisko nierzadkie. Problem w tym, że Lech się o to napraszał. Nie podjął walki, a dzieje się to w kluczowym momencie sezonu. Nie zabrakło mu piłkarskiej jakości. Ona istnieje w tej drużynie, widzieliśmy to przed przerwą. Zawiodła mentalność. Tak rozchwiany emocjonalnie zespół nie zasługuje na nic pozytywnego. Rola, jaką mu przypisują kibice, jaką zapowiadały władze klubu, przerosła tych ludzi. Ani na ławce, ani na boisku nie ma nikogo, kto wymusiłby na nich grę w piłkę.
Co teraz? W Częstochowie jeszcze raz w tym sezonie wystrzeliły szampany. Lech znów podał rękę Papszunowi, który ma zbyt dużo doświadczenia i dobrych piłkarzy, by nie wykorzystać słabości głównego rywala. Może sobie pozwolić na stratę dwóch punktów w jednym z ostatnich meczów, i to przy nieprawdopodobnym założeniu, że Lech wszystko wygra. Wicemistrzostwo Polski oceniane bywało w Poznaniu jako sukces. Tym razem to nie przejdzie. Zawód jest ogromny. Każdy sezon składa się z dwóch rund, a każdy mecz z dwóch części. Lech okazał się produktem w połowie wybrakowanym. I nie widać na horyzoncie nikogo, kto by go naprawił.



