Przy Bułgarskiej kibice dawno nie mieli nieprzyjemności oglądać takiego widowiska, jak w Lidze Europy z Genkiem. To Belgowie byli stawiani w roli faworyta dwumeczu, jednak aż takiej różnicy klas między drużynami nie można było się spodziewać. To jasny sygnał, że z drużyną Nielsa Frederiksena ostatnio dzieje się coś niedobrego, a liczba kontuzji zdaje się to potwierdzać.
Gdzie leży problem obecnego Lecha?
Ze wszystkich zawodników, którzy w tym sezonie zdążyli zmagać się z jakimiś problemami zdrowotnymi, można byłoby utworzyć cały skład, nawet z kilkoma rezerwowymi. To niepokojący znak, zwłaszcza, że sezon zaczął się nieco ponad miesiąc temu. Kontuzje zdają się nie kończyć. Nawet gdy któryś z graczy wraca do gry, to w tym samym czasie inny z niej wypada. Dochodzi do takich sytuacji, że Niels Frederiksen na jedną pozycję ma dwóch piłkarzy, a z obu nie jest w stanie korzystać. Tak jest w przypadku prawego obrońcy czy ustawionego przed nim prawego skrzydłowego.
Z najważniejszych elementów drużyny mistrzowskiej w Poznaniu nie ma już tylko Afonso Sousy, co było wiadomo znacznie wcześniej. Utrzymanie liderów to miał być spory atut Lecha i rzeczywiście byłby, jednak przez kontuzje obecnie to już jest kompletnie inny zespół. Bardzo dobrze radzi sobie Leo Bengtsson, Joao Moutinho, obiecująco zapowiada się także Luis Palma, ale wciąż są to zawodnicy, którzy dopiero uczą się grać w nowym systemie. Warto zauważyć, że z letnich nabytków – poza Robertem Gumnym, którego kontuzja wynika akurat z ostrego wejścia przeciwnika – każdy jest zdolny do gry. Być może nie jest to przypadek.
Można mówić o pechu, o nieszczęśliwym zbiegu okoliczności i różnych problemów, jednak liczba kontuzji jest mocno zastanawiająca i dużym błędem ze strony klubu byłoby jej zlekceważenie. Tylko sam Niels Frederiksen ze swoim sztabem wie, co działo się podczas przygotowań do sezonu, jednak przyszłość z pewnością pokaże, czy w ich trakcie nie zostały popełnione kosztowne błędy. Jeśli cały czas te same błędy będą się powielać, a plaga kontuzji się nie skończy, to znaczy, że przed sezonem swoją robotę zawalił trener i zwyczajnie źle zaplanował przygotowania, które miały miejsce głównie na obiektach klubowej akademii we Wronkach.
Gdyby następne miesiące przyniosły kolejne rozczarowania, to przede wszystkim wina leżałaby po stronie duńskiego szkoleniowca. W porównaniu do poprzednich lat miał wyjątkowo komfortowe warunki do pracy. Dość sprawnie załatwiono kwestię wzmocnień. Władze klubu zanim na dobre zaczęła się rywalizacja, dokonały większość transferów i większość z tych zawodników była od razu gotowa do gry. Wiadomo, że wciąż nie ma wyczekiwanego napastnika, który ma podjąć rywalizację z Mikaelem Ishakiem, jednak jeśli rzeczywiście na Bułgarską w najbliższych dniach trafi klasowa „dziewiątka” będzie to oznaczało, że warto było zaczekać i pozwolić, by Szwed w pierwszych meczach musiał grać bez przerwy.
Ze znaczących zawodników odszedł tylko Afonso Sousa – ewentualnie można też wspomnieć o Rasmusie Carstensenie, jednak jego miejsce ekspresowo zajął Robert Gumny – a w przypadku innych polskich drużyn często trener na pierwszych treningach po powrocie po letnich urlopach po zdobyciu mistrzostwa zastaje mocno uszczuploną kadrę bez sporej części najistotniejszych graczy. Drużyna zmniejszyła się głównie o niepotrzebnych piłkarzy, dość szybko przeprowadzone wzmocnienia, a i tak coś nie do końca działa jak powinno.
Niels Frederiksen znajdzie sposób na swój zespół?
Obecnie wszystko można tłumaczyć kontuzjami jednego, drugiego i każdego kolejnego zawodnika, jednak w grze Lecha widać powtarzające się błędy niezależnie od nazwisk na koszulkach. Przede wszystkim niewytłumaczalne jest to, co stało się z defensywą. Na Bułgarską przyjeżdża Crvena Zvezda i po prostych błędach strzela trzy gole, później jeszcze brutalniej bezradność defensywy przeciwnika uwidacznia belgijski Genk. Nawet w Ekstraklasie tam daleko jest do monolitu, więc co tu mówić o starciach z renomowanymi europejskimi przeciwnikami.
W większości spotkań czwórka ustawiona przed Bartoszem Mrozkiem była bardzo podobna, a nawet niezmieniona, więc odpada argument o konieczności eksperymentowania z zestawieniem bloku obronnego. Można zrzucić odpowiedzialność na poszczególnych zawodników. Tu Michał Gurgul źle podał, tam Mateusz Skrzypczak sprokurował rzut karny, jednak ta defensywa nie działa jako całość. Do prawidłowego funkcjonowania to musi być jeden zwarty organizm, a tego kompletnie nie widać. A zamiast poprawy, można odnieść wrażenie, że z każdym meczem jest coraz gorzej.
Kolejną kwestią jest przygotowanie fizyczne, przez które możliwe, że część mniej odpornych zawodników zmaga się z problemami zdrowotnymi. Miało ono być wielką przewagą Kolejorza. Cała gra miała być szybka, intensywna i w konsekwencji zabójcza dla rywala. To widać tylko momentami. Po kwadransie takiej gry wszystko słabnie i przeciwnik dochodzi do głosu. Całościowo Lech w elemencie, który miał być jego znakiem rozpoznawczym, jest po prostu przeciętny.
Nieraz trudno zrozumieć decyzje podejmowane przez Nielsa Frederiksena. Ciągłe stawianie na Bryana Fiabemę nie ma najmniejszego sensu, a Duńczyk cały czas w to brnie. Jest to robienie szkody samemu zawodnikowi, któremu starań nie można odmówić, ale to po prostu nie jest jego poziom. Cierpi na tym cały drużyna, bo co z tego, że dobrze zapowiadający się na następne tygodnie Luis Palma rozpocznie obiecującą akcję, jak po próbie zagrania dwójkowego z norweskim kolegą ten zaprzepaści całe starania Honduranina. Inne niezrozumiałe działania trenera i często trzymanie się ciągle tych samych rozwiązań też nie pomagają jego podopiecznym.
Jeszcze za wcześnie na nerwowe ruchy, ale Niels Frederiksen zdecydowanie ma nad czym pracować, a czasu między następnymi meczami wiele nie będzie. Tak naprawdę to spotkania po najbliższej przerwie reprezentacyjnej dadzą odpowiedź, dokąd zmierza ta drużyna. Pewne jest jedno – żeby wszystko mogło funkcjonować w obecnym kształcie, trzeba skorygować popełnione błędy. Jeśli utrzyma się obecny stan rzeczy i nie będzie można zauważyć poprawy, to Lech będzie miał spory problem, co robić, by w tym sezonie kibice również mieli powody do radości.
Mikołaj Duda



