Ofensywna moc to za mało. Zadecydują walory nie tylko piłkarskie

Gdyby poznański stadion mieścił nie ponad 40, ale na przykład 50 tysięcy osób, po meczach takich, jak ten niedzielny, opuszczałoby go znacznie więcej przeszczęśliwych kibiców. Podczas przygotowań do Mistrzostw Europy w 2012 roku pojawiały się plany powiększenia trybun. Ostatecznie stanęło na obecnej pojemności, która zresztą budziła złość ludzi skarżących się na wielkomocarstwowe zapędy lokalnych polityków. Okazuje się, że Poznań to nie Gdańsk i Wrocław, a Lech cieszy się kultem nieporównywalnym z niczym.

W tym sezonie, mimo kilku kryzysów (na szczęście szybko przezwyciężanych),  konieczności grania także w Europie, kłopotów z kontuzjami ważnych graczy,  potrzebą radzenia sobie bez defensywnego pomocnika, Lech może zdobyć to, co wcześniej było dla niego nieosiągalne: obronić tytuł. Jest tego tak bliski, że niepowodzenie nie byłoby pospolitym zawodem sprawionym fanom, ale czymś znacznie gorszym. Nadzieje są ogromne, a zapotrzebowanie na wejściówki na ostatnie mecze potwierdza je w całej rozciągłości.

Klub miał wszystko, by to, czym teraz się cieszy, uzyskać znacznie wcześniej. Nie było wystarczającej determinacji i woli walki nie tylko ze strony piłkarzy, ale i tych, co nimi dowodzą. Przekładało się to na przesilenia, kryzysy, wywalanie trenerów, zastępowanie ich ratownikami, kibicowskimi bojkotami, powszechnym zniechęceniem i innymi paskudnymi zjawiskami. Chciałoby się wierzyć, że to nie wróci, że potencjał, jaki tkwi w ludziach, w mieście, w regionie, nie pójdzie już na marne.

Zapełnianie całego stadionu zdarzało się w niemal wszystkich sezonach, ale jako zjawisko sporadyczne. Nigdy się jeszcze nie zdarzył komplet publiczności na trzech kolejnych meczach. Wszystko układa się tak pięknie, że aż strach zapeszyć, przypomnieć sobie upokarzanie kibiców wtedy, gdy najmniej się tego spodziewali. Cala Polska mówi o rozbiciu Legii, o pięknie grającym Lechu, jego sile ofensywnej. Wszystko to straci sens i zabrzmi śmiesznie, gdy passa nie zostanie podtrzymana. Zamienić pochwały na krytykę to żadna sztuka. Emocje są tak rozbudzone, że utrzymanie ich na wodzy jest nie lada wyzwaniem.

Niespełna dwa miesiące temu Lech w nieprawdopodobnych okolicznościach rozprawił się z Rakowem. Też zdobył cztery gole, też doprowadził rywala do rozpaczy, też rozbudził nadzieje, bo przecież tak wielką moc trudno będzie komukolwiek zatrzymać. Trwało to tylko kilka dni. Opromieniony sukcesem Kolejorz pojechał do Łodzi, gdzie przegrał 1:2 w niczym nie przypominając drużyny sprzed tygodnia. Teraz ekipa, która rozniosła warszawiaków, wybiera się na mecz z Motorem. Do końca sezonu zostały cztery spotkania. Nawet gdyby zdarzyła mu się wpadka w Lublinie, pozostanie liderem także trzy kolejki przed końcem, bo Górnik może go dogonić, ale nie wyprzedzić. Wszystko jednak zawiśnie na cienkim włosku, lepiej więc takich scenariuszy nie brać pod uwagę.

Lecha, jakiego widzieliśmy, stać na zwycięstwa w pozostałych meczach. Wszyscy w klubie wiedzą, o co toczy się gra, do jakich rozmiarów rozbudzone zostały oczekiwania. Piłkarzy na tym etapie trenować ani motywować nie trzeba, ale należy mądrze ich ukierunkować. Legię, słynącą z dobrej obrony, nie pozwalającą w poprzednich meczach przeciwnikom na oddawanie strzałów, udało się zamordować prostopadłymi podaniami. To trudna do powstrzymania broń, ale nie wyczerpuje ona całego ofensywnego arsenału Kolejorza. Tyle, że na ostatnie mecze w sezonie Lech musi być gotowy nie tylko piłkarsko.

Udostępnij:

Podobne

Kolejorz zmiażdżył Legię!

To miał być wyrównany mecz drużyn walczących w tym sezonie o zupełnie inne cele, ale punktujących ostatnio najlepiej w lidze. Tymczasem od samego początku Lech

Finał nie dla Lechitek

Świetny doping trwający przez cały mecz, tysiące kibiców, atmosfera piłkarskiego święta – w takich warunkach toczył się półfinał Pucharu Polskiej kobiet. Do szczęścia zabrakło tylko