Obrońców już mamy. Teraz potrzebujemy obrony

W dwóch pierwszych meczach ligowych Lech stracił aż 7 bramek. Chluby mu to nie przynosi. W poprzednim sezonie tylko Raków Częstochowa dał sobie strzelić mniej bramek, a bramkarze obu klubów rywalizowali o miano najlepszego w lidze. Skąd ta zmiana? Odpowiedź jest oczywista: defensywa, choć wzmocniona, spisuje się bez porównania gorzej, a liczby karygodnych, kosztownych błędów, jakie popełnili nie tylko obrońcy, nie zanotowaliśmy przez cały ubiegły sezon.

Szczególnie często zawodnicy Lecha mylili się w inauguracyjnym meczu z Cracovią. To właśnie za sprawą takiej niefrasobliwości goście zdobyli przy Bułgarskiej trzy z czterech swych bramek, rozjeżdżając sensacyjnie mistrza Polski. Zaczęło się od fatalnej straty Gurgula na samym początku meczu, potem było jeszcze gorzej. Trzeba przyznać, że Cracovia mistrzowsko te pomyłki wykorzystywała, nie musiała więc dokonać niczego nadzwyczajnego, by odnieść w Poznaniu rekordowe zwycięstwo.

Budowę drużyny zawsze zaczyna się, a przynajmniej powinno się zaczynać od obrony. Latem niepokoiliśmy się tempem pozyskiwanie przez Lecha nowych zawodników, ale nie dotyczyło to defensywy. Została skompletowana zanim klub przystąpił do sprowadzania graczy ofensywnych. W tej sytuacji należało liczyć, że już w drugim spotkaniu nowego sezonu Lech nie pozwoli rywalowi bezkarnie strzelać goli. Tymczasem na nieskuteczność w ofensywie w pierwszej połowie nałożyła się szybka strata dwóch bramek. Lechia łatwo zdobywała teren, była bardzo skuteczna podczas rozgrywania stałych fragmentów, a defensywa gości gubiła się dramatycznie, nie potrafiła wyprowadzić piłki do środkowej strefy, bezładne wybicia i rykoszety musiały się zemścić. Nie tylko zresztą obrońcy grali nerwowo, elektrycznie, niezbornie. Na stratę pierwszej bramki miało wpływ partackie wybijanie piłki z własnego pola karnego przez samego króla Ishaka.

Lech rozegrał w Gdańsku mecz przełomowy. Pierwszy raz od lat nie załamał się stratą dwóch goli, potrafił nadrobić ją z nawiązką, a pierwsze 20 minut drugiej połowy, gdy strzelał gola za golem ku rozpaczy miejscowych kibiców, imponowało. W dużym stopniu było to możliwe dzięki radykalnej poprawie wykonywania rzutów rożnych. Za każdym razem, po podaniach bocznych obrońców, Lechia gubiła się, straciła w ten sposób połowę goli. Trudno nie zauważyć dobrej pracy Markusa Uglebjerga, po to właśnie sprowadzonego do Poznania, by ten taktyczny element poprawić. W ofensywie już jest dobrze. Być może Lech potrzebuje jeszcze jednego specjalisty – potrafiącego nauczyć piłkarzy obrony przed rzutami rożnymi rywala.

Po dopełnieniu formalności na Islandii Lech zagwarantuje sobie grę w Europie co najmniej do końca roku. Przyjdzie mu mierzyć się z zespołami klasowymi, z piłkarzami o nie byle jakich ofensywnych umiejętnościach. W niejednym przypadku o dobrym wyniku zadecyduje szczelna obrona, umiejętności defensywne muszę mieć nie tylko nominalni obrońcy. Postawa taka, jak w dwóch pierwszych ligowych meczach, byłaby samobójstwem. Najważniejszym zadaniem sztabu szkoleniowego, a trenera Frederiksena szczególnie, jest wyeliminowanie strat, poprawa jakości gry. W Gdańsku lekarstwem na błędy w wyprowadzaniu piłki z własnej połowy okazała się zmiana Gurgula na Moutinho. Nie tylko młody piłkarz, ale wszyscy jego koledzy muszą być świadomi, jak kosztowny jest brak koncentracji, odpowiedzialności. I dla drużyny, i dla nich.

Udostępnij:

Podobne