Nieprawdopodobne wydarzenia działy się na stadionie w Gdańsku, wielka przemiana Lecha, który popełniał błędy, przegrywał do przerwy dwoma golami, ale potem szybko strzelił aż cztery, z tego połowę po rzutach rożnych, które jeszcze niedawno nic mu nie dawały. Jednak w końcówce stracił kontrolę nad meczem, niewiele brakowało do remisu. Strzelanina i huśtawka nastrojów zakończyła się zwycięstwem Kolejorza 4:3. Pokazał moc, siłę woli, jakość w ofensywie, ale i dramatyczne błędy, niezborną grę w obronie.
Trener Frederiksen dotrzymał słowa i wystawił skład prawie identyczny, jak we wtorek przeciwko Breidablik. Gdyby Sousa nie zmagał się z urazem, być może zmian nie byłoby wcale. Portugalczyka zastąpił defensywnym pomocnik Ouma, czego szkoleniowiec Kolejorza szybko pożałował. Na „dziesiątce” zagrał Jagiełło. Wypożyczony ze Slavii Praga Kenijczyk był jedynym nowym nabytkiem Lecha na boisku, po przerwie udanie pokazali się Moutinho i Palma.
Pierwsze akcje należały do Lecha, ale szybko do głosu doszła Lechia, starająca się prowadzić grę, zamykać Lecha na jego połowie. Goście bronili się bezładnie, wybijając piłkę na oślep zamiast spokojnie ją wyprowadzić. Trwało to dobre 10 minut, aż Kolejorz raz i drugi przedarł się pod pole karne Lechii, wywalczył dwa rzuty rożne. Za każdym razem było groźnie, padł nawet gol dla Kolejorza, gdy akcję niczym rasowy napastnik strzałem „pod ladę” wykończył Milić. Sędzia dostrzegł wcześniejszy faul jednego z Lechitów i gola nie uznał, został jednak wezwany przed monitor. Okazało się, że zanim do tego doszło gracz Kolejorza pociągany był za koszulkę i rzut karny mógł wykonać Ishak. Zrobił to źle, uderzona prawie w środek bramki piłka została wybita przez bramkarza Lechii.
W następnych minutach Lech pokazywał jakość w ofensywie, ale i marność w defensywie. Kolejne w tym sezonie błędy, zwłaszcza przy wyprowadzaniu piłki, popełniał Gurgul, początkowo jednak gościom jakoś udawało się wybronić. Gorzej było w 22 minucie. Lechia wykonywała rzut rożny, rozgrywając go nietypowo, ale powodując zamieszanie pod bramką Mrozka. Nieudolne wybijanie piłki doprowadziło do straty gola i trzeba było odrabiać straty.
Ouma, który tak korzystnie zaprezentował się we wtorek, w Gdańsku notował błąd za błędem i niewiele brakowało do straty kolejnej bramki. Kenijczyk musiał ratować się faulowaniem, za co ujrzał żółtą kartkę. Po chwili, po kolejnym rzucie rożnym piłka odbiła się od poprzeczki bramki Mrozka. Ale i tak Lechia niebawem prowadziła 2:0, po kontrataku. Podobnie jak w pierwszym przypadku, gola zdobył Bobcek, którego można nazwać katem Lecha. W tej samej chwili boisko opuścił Ouma. Zdegustowany jego postawą i groźbą drugiej żółtej kartki trener zastąpił go Thordarsonem. Niemal natychmiast Lech mógł złapać kontakt, gdy Pereira świetnie obsłużył Jagiełłę, ale ten, będąc tuż przed bramką, nie trafił dobrze w piłkę. Potem jeszcze jedną szansę miał Bengtsson, bliski gola był też Thordarson.
Lech starał się odrobić straty. Dobrze grał raz po raz zatrudniający bramkarza Bengtsson. Niczego już nie udało się zdziałać i druga połowa zapowiadała się bardzo źle. Nikt się w tym momencie nie spodziewał, że sytuacja odwróci się tak szybko. W przerwie nastąpiła druga zmiana w ekipie Kolejorza – do gry nie wrócił notorycznie mylący się Gurgul zastąpiony przez Moutinho, przez co wyprowadzanie piłki stało na dużo wyższym poziomie.
Lech miał inicjatywę, czemu trudno się dziwić i szybko dobrą sytuację wypracował sobie Szymczak strzelając jednak niecelnie. Jednak już po minucie pewnym strzałem z dystansu Thordarson dał Lechowi gola. Lechia próbowała odzyskać inicjatywę, zaatakowała, ale Lech był konsekwentny, stosował wciąż takie same zagrania, według jednego schematu, co szybko przyniosło rezultat. Nie minęło 10 minut, a mecz zaczął się od początku. Autor gola Thordarson obsłużył na prawym skrzydle Szymczaka, a ten, z pomocą bramkarza, zdobył wyrównującego gola.
Kiedy wydawało się, że Lech pójdzie za ciosem, zaczął grać chaotycznie, znów pozwalając sobie na niedokładności, mając problemy z konstruowaniem akcji. Jednak wystarczył mu jeszcze jeden rzut rożny, który staje się jego silną bronią, by wyszedł na prowadzenie. Po dużym zamieszaniu w polu karnym Thordarson podał do Jagiełły, ten intuicyjnie strzelił lewą nogą, a piłka trafiając jeszcze Mateusza Skrzypczaka w plecy, wpadła do bramki. Kto by się tego w pierwszej połowie spodziewał?
Na boisku pokazali się gracze z wysoką jakością – Gholizadeh i Palma. Ten pierwszy grał niepewnie, tracił piłkę, brakowało mu jej czucia. Nie oni byli bohaterami następnej akcji. Jeszcze jeden rzut rożny, jeszcze jeden gol. Dośrodkowanie Periery, umiejętne blokowanie obrońców, gdy wzdłuż linii pola karnego przemieszczał się Ishak, który strzelił z powietrza rehabilitując się za pudło z rzutu karnego. Pod koniec meczu, bardzo już zmęczony, opuścił boisko zluzowany przez Fiabemę. A Lechia nie poddawała się, dążyła do zdobycia gola i dopięła swego trzy minuty przed regulaminowym końcem meczu. Znów gola zdobył Bobcek, znów po rzucie rożnym i nieumiejętnym wybijaniem piłki z pola karnego przez defensywę Lecha.
Sędzia doliczył do meczu 5 minut, więc nic jeszcze nie było rozstrzygnięte. Zrobiło się nerwowo, bo gospodarze mocno nacierali, a Lech bronił się rozpaczliwie i nieumiejętnie, zwalniał grę, kradł czas. Dowiózł na szczęście zwycięstwo do końca pokazując, jak wiele zmieniło się w jego postawie – nauczył się odrabiać straty i wykorzystywać stałe fragmenty. Niestety, kiedy ma je przeciwnik, za każdym razem trzeba się bać, bo spanikowany Kolejorz popełnia błąd za błędem.



