Kiedy drużyna odbija się od ściany do ściany, kibice zmuszeni są do częstej zmiany poglądów na jej temat. Wieszają psy, żądają wyrzucenia trenera, by potem wychwalać zespół, z którego są przecież nieustająco dumni. Wiedzą, że Lecha stać teraz na wszystko. Należy mu się szacunek za to, jak potraktował Jagiellonię, ale trudno zapomnieć, co działo się wcześniej, choćby w poprzednim meczu tych drużyn, nie wspominając już o Wilnie, Legnicy, Szczecinie. Za chwilę rozegrane zostaną kolejne mecze, a nikt nie da gwarancji, że Lech wzniesie się w nich na wyżyny. Gdzieś pod skórą czai się obawa, że znów się nie uda, że obrońcy popełnią błędy, a zawodnicy ofensywni powtórzą wyczyny z Warszawy.
Skoro piłkarze są nieobliczalni, to przynajmniej nam przydałaby się odrobina umiarkowania. Nie ma co się rozpędzać i liczyć na kolejne wysokie zwycięstwa. Wierzmy, że z Zabrza uda się przywieźć planowe trzy punkty, bo każda strata będzie porażką i powodem krytyki tak dziś wychwalanej drużyny. Nie budujmy co kilka tygodni szubienicy dla trenera i tych, co go zatrudniają, bo być może szybko ją będzie trzeba rozebrać. Jesień została zmarnowana, więc nie wszystko zależy dziś od Lecha. Po zdemolowaniu Jagiellonii wróciła nadzieja na tytuł, choć nawet uzyskanie podobnych rezultatów w pozostałych meczach tego nie zapewni. Tytułu nie zdobywa drużyna wznosząca się na wyżyny w jednym meczu. O ile Lech z meczu z Cracovią i z Jagiellonią na to zasługuje, to ten ze Szczecina już nie.
Nie wiem, czy trener Mariusz Rumak jest osobą wrażliwą, biorącą do serca słowa krytyki i wyrazy uznania, kierującą się tym, co o sobie słyszy i czyta. Jeżeli taką był przed sezonem, to chyba wszystko się zmieniło. Przyjął tyle, że wystarczy mu do końca życia, choć nikt nie zagwarantuje, że to koniec surowych ocen, wszak jego podopiecznych stać na wszystko. Na trenera spłynęło też trochę pochwał. Nawet jeżeli w jakimś stopniu zrównoważyły krytykę, to trener podchodzi do tego wystarczająco trzeźwo, by brać poprawkę na emocje. W tym biznesie trudniej o racjonalne oceny niż w każdym innym.
Nikt lepiej niż trener nie wie, ile jeszcze temu zespołowi brakuje do klasy pozwalającej stawiać go przed każdym meczem ligowym w roli zdecydowanego faworyta. Po spotkaniu z Jagiellonią zwrócił uwagę na to, kto gra w jego drużynie. W wyjściowym składzie pojawiło się zaledwie trzech graczy zagranicznych, więcej było takich, co piłkarskie szlify zdobywali w Poznaniu i w trochę od niego odległej Puszczy Noteckiej. Mieć w klubie tak zdolną młodzież to skarb, którego nie otrzymuje się za darmo, trzeba go zdobyć wieloletnią, żmudną i drogą, nie zawsze wdzięczną pracą.
Gdyby nie określona postawa władz klubu, trener nie miałby okazji do pochwalenia się tak licznymi wychowankami. Klubu nie stać na sprowadzanie zawodników gwarantujących grę na wysokim poziomie, stabilność, sukcesy na koniec sezonu. Trener wysyła do boju takich, jakich ma do dyspozycji. Jego szczęście, że młodzi piłkarze robią wystarczająco duże postępy, by ich wystawienie nie oznaczało radykalnego osłabienia drużyny.
Tylko ludzie wielkiej wiary stawiają na skuteczność pościgu za Legią. Bardziej realny jest ponowny start w Lidze Europy, a raczej próba ponownego startu. I dopiero to zweryfikuje wartość piłkarzy Lecha i ich trenera, uwiarygodni skuteczność skautingu i klubową politykę transferową. Odpadnięcie w przedbiegach opóźni rozwój klubu o jeszcze jeden rok. Znów trzeba będzie zaciskać pasa, borykać się z krótką ławką rezerwowych. I sięgać po kolejnych wychowanków korzystających na tym, że klubu nie stać na znaczne wzmocnienie drużyny piłkarzami pochodzącymi spoza Poznania.
Józef Djaczenko



