Na początek tylko remis

Niezła pierwsza połowa, katastrofalna druga i tylko 1:1 w Chorzowie. Gwiazdy Lecha dawały się ogrywać piłkarzom, o których mało kto wcześniej słyszał.

Zaczęło się nieźle. Lech grał swobodnie, jak zwykle długo rozgrywał piłkę, miał przewagę w strzałach i w posiadaniu piłki. Przede wszystkim jednak miał Vojo Ubiparipa. Serb oddał kapitalny strzał po dokładnym podaniu Hamalainena. Ani przez moment nie można było czuć zagrożenia, Ruch przez 45 minut nie oddał ani jednego celnego strzału. Przewaga bramkowa Lecha mogła być wyższa. Już wtedy było widać, że Kolejorz nie daje z siebie wszystkiego, wyraźnie oszczędza siły, albo mu ich brak…

Sami piłkarze Lecha nie wiedzieli, co im się stało po przerwie. To była zupełnie inna drużyna, grająca powoli, ślamazarnie, bez nerwu. Gwiazdy Kolejorza, piłkarze zarabiający dobre pieniądze dawali się ogrywać zawodnikom, o których mało kto wcześniej słyszał. Prawie wszystkie indywidualne pojedynki wygrywali gospodarze.

Co najgorsze, Lech taktycznie grał jak w najbardziej koszmarnych momentach pracy w Poznaniu Jose Mari Bakero. Próbował rozgrywać piłkę na własnej połowie, ale kiedy tylko został trochę energiczniej zaatakowany, następowało bojaźliwe podanie do Kotorowskiego. Ten wybijał piłkę do przodu, byle dalej i szybko stawała się ona łupem piłkarzy miejscowych, którzy ruszali z kolejnym atakiem. Lech nie potrafił się odgryźć, niemal każde wyprowadzenie piłki do przodu kończyło się łatwą stratą. Im bliżej końca, tym większe zamieszanie tworzyło się pod bramką „Kotora”. Po jednym z nich bezładnie wybita piłka trafiła do Malinowskiego, nastąpił strzał, po drodze rykoszet Arboledy (znów!) i stadion w Chorzowie oszalał ze szczęścia.

Trener Mariusz Rumak wystawił identyczny skład, jak w meczu pucharowym w Finlandii. Nie tylko zestawienie było podobne, także forma piłkarzy. Tylko Teodorczyk zagrał wyraźnie gorzej niż kilka dni wcześniej. Hamalainen był równie słaby. Lovrencsics w niczym nie przypominał groźnego zawodnika z meczów sparingowych. W pierwszej połowie znów nieźle wypadł Drewniak. Vojo znów zdobył gola i znów zniknął – nie było go widać. Odżył krótko przed końcem, gdy oddał piękny, minimalnie niecelny strzał.

Już w pierwszym meczu Hubert Wołąkiewicz złapał dwie żółte kartki i wyleciał z boiska. Tę drugą na szczęście zobaczył tuż przed końcem. Trener Mariusz Rumak nie miał o to pretensji, bo Hubert był jednym z nielicznych piłkarzy walczących. Wściekły był na pozostałych. I trudno mu się dziwić, bo dowodził armią ludzi nie tylko mało walecznych, ale i nie realizujących taktycznych założeń.

 

 

Ruch Chorzów – Lech Poznań 1:1 (0:1)
Bramki: 0:1 Ubiparip (17), 1:1 Malinowski (84)
Widzów: 6800 (w tym 557 kiboli z Poznania)
Sędziował Szymon Marciniak z Płocka.

Żółte kartki: Janoszka – Wołąkiewicz
Czerwona kartka: Wołąkiewicz (90-za drugą żółtą)

Ruch: Krzysztof Kamiński – Artur Gieraga, Marek Szyndrowski, Piotr Stawarczyk, Daniel Dziwniel – Bartłomiej Babiarz, Marcin Malinowski – Marek Zieńczuk, Filip Starzyński (72. Maciej Jankowski), Łukasz Janoszka (72. Kamil Włodyka, 85. Grzegorz Kuświk) – Pavel Sultes

Lech: Krzysztof Kotorowski – Mateusz Możdżeń, Marcin Kamiński, Manuel Arboleda, Hubert Wołąkiewicz – Łukasz Trałka, Szymon Drewniak – Gergo Lovrencsics (73. Szymon Pawłowski), Kasper Hamalainen, Vojo Ubiparip – Łukasz Teodorczyk (63. Bartosz Ślusarski)

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli