Z rozrzewnieniem wspominamy dawne czasy, gdy chodziło się do Areny (wcześniej na „Chwiałkę”) emocjonować się występami koszykarzy Lecha, na walczących w najwyższej klasie rozgrywkowej szczypiornistów Grunwaldu i Posnanii, gdy odbywały się piłkarskie derby miasta w ekstraklasie. Dziś został nam tylko Lech, więc na nim ogniskuje się zainteresowanie sportowego Poznania. Byłoby to o wiele łatwiejsze do zniesienia, gdyby piłkarze święcili triumfy, na jakie są – wydawałoby się – skazani.

W dawnym Związku Sowieckim zamieniono żyzne azjatyckie pola uprawne w jałowy step. Wytyczne z Moskwy nakazały zaniechać uprawy zboża, warzyw, owoców, bo krajowi o wiele bardziej potrzebna była bawełna. Po jakiś czasie okazało się, że w wyjałowionej ziemi nie chce rosnąć nawet ona. Podobna sytuacja panuje w sportowym Poznaniu. Ledwo już pamiętamy, że byliśmy potęgą w wielu dyscyplinach sportowych. Pozostał grunt tak jałowy, że po wejściu na Bułgarską inwestora, który zapowiadał budowę Wielkiego Lecha, udało się zdobyć tylko jeden mistrzowski tytuł i tylko raz wywalczyć Puchar Polski. Nie ma co ukrywać – jest to dorobek słaby.

Jeszcze gorsze jest to, że nie widać, by coś miało się w pozwalającej się przewidzieć przyszłości zmienić. Nasi hokeiści na trawie nie znajdują w kraju równych sobie, ale to żadna niespodzianka, tak tu było zawsze, Poznań skazany jest na hokej, a polski hokej na Poznań. Nic nie wskazuje, byśmy odzyskali silną męską koszykówkę. Niegdyś byliśmy potęgą w baskecie, jeszcze przed wojną zawodnicy KPW wygrali międzynarodowe rozgrywki będące odpowiednikiem późniejszego Pucharu Europy. Potem Lech co rok bił się o czołowe lokaty w lidze. Koszykówka upadła, bo nie było chętnych na jej finansowanie. Klub PBG Basket próbował coś z chwalebnej przeszłości odzyskać, ale upadł razem z firmą, do której należał.

Mieliśmy trzy drużyny koszykarek, a każda z nich zdobywała mistrzowskie tytuły, w swoim czasie niepodzielnie panowała w kraju. Dziś do dawnych czasów próbuje nawiązać AZS. Jeśli uda się pozyskać możnego sponsora, może kiedyś zagra w ekstraklasie. W ubiegłych dekadach brak poznańskiej drużyny na tym poziomie byłby sensacją. Teraz awans do elity wydaje się zadaniem niemal niewykonalnym.

W 2006 roku wydawało się, że nawet jeżeli Poznań zostanie sportową pustynią, to pozostanie nam przynajmniej mocny i nieprawdopodobnie popularny Lech. Miał święcić triumfy w lidze, regularnie pokazywać się w Europie, wywalczyć dla Polski Ligę Mistrzów. Byliśmy przekonani, że dzięki pieniądzom nowego właściciela i umiejętnemu zarządzaniu tylko nagły kataklizm uniemożliwi realizację tych celów. Zapotrzebowanie na sukces drużyny, z którą utożsamia się prawie całe miasto, jest przecież tak ogromne, że grzechem byłoby tego nie wykorzystać. Pamiętamy, jakim świętem było wywalczenie pierwszego po latach mistrzowskiego tytułu.

Potem było więcej rozczarowań niż sukcesów i nie wydaje się, by miało się to szybko zmienić. Ludzie ciągle wierzą, tłumnie mimo słonych cen biletów przychodzą na stadion, ale ostatnio, widząc, co się dzieje, jakby zwątpili. Zauważyli, że jeżeli właściciel klubu stawia przed sobą jakieś cele, to wygranie ekstraklasy i start w Lidze Mistrzów nie są tym najważniejszym. Nie widać determinacji ani w budowie czołowej w kraju drużyny, ani w dążeniu do odniesienia wyniku, który ponownie wprawiłby Wielkopolan w ekstazę. Owszem, pada wiele deklaracji, ale to tylko słowa. W takiej sytuacji bardziej należy się spodziewać spadku frekwencji na trybunach poznańskiego stadionu niż jej wzrostu.

Właściciel klubu jest doświadczonym człowiekiem biznesu i świetnie wie, jak bardzo różni się zarządzanie klubem piłkarskim od prowadzenia jakiejkolwiek innej firmy. Pamięta, że futbolem rządzą emocje i tylko one, a nie czcze deklaracje i najlepszy nawet marketing przyciągną ludzi na stadion. Nie wykonuje jednak kroków, które by te emocje pobudziły. Wprost przeciwnie, wydaje się je tonować. Może to sugerować, że zależy mu głównie na tym, by bezpiecznie przetrwać.

Zarządzanie finansami to sprawa podstawowej wagi w każdym przedsiębiorstwie. Nie wolno żyć ponad stan. Jednak w spółce tak specyficznej, jak sportowa, nie wolno opierać całej przyszłości na tym, że kasa się zgadza. W taki sposób nie powstanie żadna piłkarska potęga. W wielkich klubach nie księgowy jest najważniejszą osobą, bo sukces nie przyjdzie od tego, że jedna rubryka bilansuje się z drugą. Konieczne jest tu wizjonerstwo, umiejętność budowania napięcia, przyciągania widzów, w tym telewizyjnych, bo tylko to zainteresuje sponsorów. Pozyskiwanie pieniędzy, bez których żadnych sukcesów nie będzie, nie może polegać na ograniczaniu wydatków.

Kibice Lecha to ludzie cierpliwi, ale ma to swoje granice. Przeżyli najtrudniejsze czasy, przetrwali drugoligową gehenną nie po to, by w momencie, gdy klub znalazł solidnego inwestora, ciągle czekać nas Godota. Skoro całą uwagę skupiają na Lechu, bo tylko on im pozostał, to nie z myślą o synach i wnukach.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli