„Rzut okiem” – na PŚ w Jakuszycach.

306 km to najmniejsza odległość dzieląca Poznań od miejsca rozgrywania Pucharu Świata w biegach narciarskich. Tyle właśnie wynosi odległość ze stolicy Wielkopolski do Polany Jakuszyckiej. Kilka godzin jazdy nie było przeszkodą dla wielkopolskich kibiców, którzy wzięli udział w krajowym święcie biegania na nartach. Można było spotkać samochody z rejestracją zaczynającą się na literę „P” a na flagach znaleźć swojskie nazwy Wolsztyna, Grodziska Wlkp., Piły, Czarnkowa, Gniezna i jeszcze kilku miast naszego regionu.


[widgetkit id=38]

Czy warto było jechać? Na to pytanie mogą odpowiedzieć ci, którzy tam byli. Pogoda w sobotę była wspaniała. W niedzielę też nie można wybrzydzać. Nie było dzikich tłumów, jak to miało miejsce dwa lata temu. Ludzi zniechęciła nieobecność Norweżek i Szwedek. Ich walka z naszą Królową Justyną jest tym, co gwarantuje emocje na najwyższym poziomie. W tej sytuacji wynik zawodów był łatwy do przewidzenia. Sprinty dla Kikkan Randall a „dziesiątka” klasykiem dla Justyny.

Tak też się stało. Odpadnięcie Justyny w ćwierćfinale sprintu osłodziła nam filigranowa Sylwia Jaśkowiec zajmując w finale czwarte miejsce i rozpalając publiczność swoją niesamowitą walecznością i ambicją. W niedzielę – pod nieobecność Norweżek i Szwedek – mieliśmy teatr jednego aktora z Justyną w roli głównej. Zrobiła co chciała i jak chciała. Nagrodą była fantastyczna feta po zakończeniu zawodów, jaką sprawili jej organizatorzy i kibice z okazji przypadających dzisiaj 31. urodzin. Zawody mężczyzn toczyły się jakby w cieniu rywalizacji kobiet i nic dziwnego, skoro nasi zawodnicy są tam tylko tłem dla innych. Doceniania prawdziwego sportowego mistrzostwa u innych nasi kibice muszą się jeszcze nauczyć.

Warto było być w Jakuszycach, żeby zobaczyć całe zaplecze i kulisy tego wielkiego sportowego cyrku przemierzającego kontynent od Włoch po koło podbiegunowe. Wrażenie robiły wielkie, kolorowe TIR-y, które na parkingu zamieniały się w gabinety odnowy, warsztaty sewismenów, laboratoria medyczne i pokoje wypoczynkowe z zapleczem kuchennym. Takie samochody wspomagały ekipy Rosji, Niemiec, Szwajcarii czy Kanady. Justyna i jej skromna ekipa zadowala się dwoma busami. Zawodników wspomaga jeszcze liczna rzesze testerów nart, którzy rozjeżdżali trasy już trzy godziny przed startem testując smarowanie w zależności od warunków atmosferycznych, rodzaju śniegu, profilu trasy, jej nasłonecznienia itp. To wszystko daje dopiero prawdziwy obraz składający się na wyniki zawodników i przebieg wyścigów.

I jeszcze na koniec coś o organizacji zawodów. Chwała organizatorom za trud, który pozwolił przeprowadzić zawody pomimo ekstremalnie niekorzystnych warunków pogodowych i braku śniegu. Nie sposób jednak pominąć kilka niedociągnięć, których można było uniknąć. Nieporozumieniem okazały się komunikaty o zakazie parkowania na Polanie Jakuszyckiej  i namawianie do korzystania z parkingów mieście w zamian za dowóz specjalnymi autobusami. Na Polanie można było łatwiej zaparkować przed wypożyczalniami sprzętu aniżeli znaleźć parking w mieście, zwłaszcza, że te najlepiej zlokalizowane miały kategorię VIP ( czytaj: nie dla Kowalskiego). Nie można też pominąć siermiężnej organizacji Biura Prasowego. Wyniki na kartce dostarczał goniec od Komisji Sędziowskiej. Potem kartka była przypinana na ściennej gazetce w namiocie prasowym. Możliwość podglądu na ekranach telewizyjnych okazała się ponad siły organizatorów odpowiedzialnych za stworzenie warunków do pracy rzeszy dziennikarzy – nie tylko polskich. Jeśli do tego dodać sędziów na mecie wywołujących numery zawodników tylko po polsku, co wzbudzało panikę zawodników zagranicznych, to mamy już wszystko.

Jakby jednak nie patrzeć, to była promocja Szklarskiej Poręby i Dolnego Śląska. Było wydarzenie o zasięgu światowym w Polsce i teraz pozostaje wyciągnięcie wniosków na przyszłość, aby było już tylko lepiej. Zwłaszcza, że za dwa lata może już nie być Justyny i przyciągnąć kibiców będzie dużo trudniej.

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli