Po niezwykle emocjonującym sezonie Lech finalnie zdobył dziewiąte w swojej historii mistrzostwo Polski. Na swój sposób był to triumf podobny do tego sprzed trzech lat, za Macieja Skorży, jednak w wielu elementach kompletnie inny. Przede wszystkim cała drużyna stworzona już wcześniej przeszła ewolucję, gdy odpowiedzialny za nią stał się nowy trener.
Nieprzypadkowa przemiana indywidualna
Główną zasługą Nielsa Frederiksena była znalezienie sposobu na dotarcie do zawodników, którzy już w klubie byli. Po słabszym okresie kapitalną przemianę przeszedł Antonio Milic. Chorwat musiał zrzucić nadmierne kilogramy, co przełożyło się na większą mobilność i zwrotność. Znów stał się czołowym stoperem Ekstraklasy, tak jak pod wodzą Macieja Skorży, jednak z tą różnicą, że tym razem nie był tak groźny w ofensywie.
Afonso Sousa do tego sezonu był głównie piłkarzem momentów. Pamiętany był jego dublet przy Łazienkowskiej, występ w rewanżu z Fiorentiną czy pojedyncze błyski geniuszu w lidze. Duński trener znalazł sposób, by w końcu na dobre odblokować ten potencjał. Zaufał Portugalczykowi, a ten stał się kluczowym zawodnikiem podstawowego składu, co udowodnił strzelając aż 13 goli w sezonie. Równie skuteczny był Mikael Ishak, który po raz pierwszy w historii swoich występów w Lechu przekroczył liczbę 20 zdobytych bramek w Ekstraklasie.
Jak się okazało, Dino Hotić był najlepszy na samym początku i końcu sezonu. Początkowo jako skrzydłowy dołożył kilka ważnych trafień. Później jego rola stała się niemal marginalna, ale na finiszu rozgrywek, przy problemach zdrowotnych drużyny, nie zawiódł i w solidny sposób załatał lukę powstałą w środku pola. Wydaje się, że trener do maksimum wykorzystał możliwości Słoweńca, który nie wygląda na zawodnika mającego potencjał na lidera drużyny dłużej niż przez miesiąc.
Największym sukcesem Frederiksena było odzyskanie Aliego Gholizadeha z występu przeciwko Charleroi w decydującym meczu eliminacji Ligi Europy w 2020 roku. Powrót Irańczyka mocno się przedłużał, jednak w końcu, gdy na dobre był gotowy do gry udowodnił, że pod względem umiejętności technicznych i poruszania się na małej przestrzeni zdecydowanie przewyższa wszystkich w Ekstraklasie, a jego gol na Łazienkowskiej zostanie zapamiętany na wiele następnych lat. Będzie symbolem tego mistrzostwa, niczym trafienie Ishaka przed trzema laty w Gliwicach. Na wiosnę Gholizadeh w formie był nie do powstrzymania.
Oczywiście zawodnicy, którzy dołączyli do Lecha w tym roku też odegrali swoją rolę. Szczególnie Patrik Walemark w wielu momentach pokazał jakość i bramkami dał drużynie kilka niezwykle cennych punktów. Rola Szweda, gdy przestaną go trapić problemy zdrowotne, może jeszcze wzrosnąć. Zwłaszcza na jesień istotny był też wkład Alexa Douglasa. Trochę nieoczekiwanie wygryzł ze składu Bartosza Salamona i okazał się niezwykle pewny w defensywie. W końcówce sezonu został odstawiony na dalszy plan, jednak gdy w końcu wszedł na boisko, nie zawiódł.
Dobre wejście do Kolejorza Gisliego Thordarsona zahamowała kontuzja. Inaczej było w przypadku Rasmusa Carstensena, który przez całe pół roku był świetną konkurencją dla Joela Pereiry i nawet spisywał się na tyle dobrze, że w pewnym momencie wygryzł Portugalczyka ze składu. Nieoczywistą rolę odegrał Mario Gonzalez. Najpierw zupełnym przypadkiem strzelił kluczowego gola z GKS-em Katowice, a z Piastem Gliwice zanotował interwencję w defensywie, która uchroniła Lecha przed utratą prowadzenia w ostatnich minutach spotkania.
Każdy z tych zawodników miał wpływ na finalny sukces, jednak to nie transfery odegrały w tym sezonie kluczową rolę. Niels Frederiksen przede wszystkim skupił się na zbudowaniu graczy, którzy już w Poznaniu byli, ale znaleźli się w słabszej dyspozycji lub nie potrafili pokazać pełni możliwości. Inaczej zdobycie mistrzostwa byłoby niemożliwe, bowiem ciężko byłoby liczyć na przebłysk geniuszu choćby Bryana Fiabemy.
To, co wyróżniało Lecha w gronie czołowych drużyn w Ekstraklasie i mistrzów z ubiegłych lat, to wyjątkowa chęć do stawiania na młodzież. Rola Antoniego Kozubala była niepodważalna. Zagrał w każdym możliwym meczu i to najczęściej w podstawowym składzie do ostatniego gwizdka sędziego. Był jednym z najlepszych młodzieżowców w lidze i można było się spodziewać, że taka nagroda trafi w jego ręce na Gali Ekstraklasy. Michał Gurgul również wyklarował swoją pozycję. Wynikało to trochę z tego, że nie miał do rywalizacji godnego konkurenta i to on niemal w pojedynkę musiał zabezpieczać lewą obronę, jednak i tak, zważając na jego młody wiek, całościowo wypadł nad wyraz solidnie.
Szczególnie na wiosnę coraz więcej szans, nawet w podstawowym składzie, dostawali Kornel Lisman i Wojciech Mońka. Był to skutek problemów zdrowotnych bardziej doświadczonych zawodników, jednak i tak w kilku momentach dali drużynie coś ekstra. Szansę debiutu na poziomie Ekstraklasy dostał także Sammy Dudek z rocznika 2008. To tylko pokazuje, jak Lech odważnie realizował swoją filozofię. Niels Frederiksen, mimo że często miał do dyspozycji znacznie młodszych zawodników od przeciwnika, potrafił okazać się lepszym. Sam w swoich wypowiedziach był dumny z tego, że w jego zespole jest miejsce dla młodzieży, która odgrywa znaczącą rolę w przeciwieństwie do kilku innych klubów z czołówki.
Architektem sukcesu pierwszy obcokrajowiec w historii
Gdy osiem ostatnich razy Kolejorz sięgał po mistrzostwo, to zawsze prowadził go trener z Polski. Co prawda było ich znacznie więcej od zagranicznych, jednak i tak każdemu, kto pochodził z innego kraju, ta sztuka się nie udawała. Aż do tego roku, bowiem dokonał tego Niels Frederiksen. Duńczyk już miał okazję cieszyć się z podobnego sukcesu, ale było to w ojczyźnie, gdzie spędził całą dotychczasową karierę. W pierwszym roku pracy zagranicznej sięgnął po to, na co inni bez efektów czekali wiele lat.
Było to trudne biorąc pod uwagę stanu drużyny, jaki zastał po przyjeździe do Poznania. Tu nie zgadzało się nic. Cały skład był kompletnie rozbity, bez pomysłu na to, jak ma grać i jaka przyszłość go czeka. Podobnie kibice, którzy domagali się wielkich zmian w klubie, a swoje niezadowolenie wyrazili głównie już słynną akcją, podczas której zamiast tradycyjnego dopingu bawili się w rytmy kojarzone bardziej z klubowymi imprezami niż meczem piłkarskim.
Lech pod wodzą Nielsa Frederiksena poprawił się w wielu elementach. Był zdecydowanie bardziej intensywny, szybszy, efektowny, groźniejszy w ofensywie i lepiej zorganizowany w obronie. Brakowało w tym tylko stabilności. Po kapitalnym widowisku często tydzień później piłkarze wyglądali kompletnie jak nie oni. Grali w zupełnie inny sposób i można było tylko się zastanawiać, co przez te kilka dni stało się z ich najlepszymi wersjami, które zachwycały kibiców i gromiły przeciwnika, często strzelając mu po kilka goli.
Drużyna duńskiego szkoleniowca najgorzej sobie radziła w dwóch przypadkach – w meczach wyjazdowych i gdy pierwsza trafiła bramkę. Przy pierwszej okoliczności wielokrotnie wychodziło jej znacznie mniej niż przed własną publicznością. Ciężko stwierdzić, skąd wynikała aż tak duża dysproporcja. W pewnym momencie nawet trener nie potrafił znaleźć przyczyny takiego stanu rzeczy. Podobne problemy zaczynały się, gdy trzeba było odrabiać straty. Lech nie wygrał żadnego meczu, w którym musiał gonić wynik. Siedem na osiem przegrał. Zremisował tylko jeden, ale ten najważniejszy.
To w decydującym meczu w Katowicach wszystko zaczęło się najgorzej, jak tylko mogło. GKS objął prowadzenie. Wtedy wszystko mocno się skomplikowało i kibice zaczęli mieć obawy, że na ostatniej prostej mistrzowskie aspiracje legł w gruzach. Wtedy lechici pokazali charakter. Mimo że to starcie nie było najlepsze w ich wykonaniu, byli w stanie wywalczyć zwycięski remis 2:2, który finalnie wystarczył do zdobycia mistrzostwa. To charakter w dużej mierze zadecydował o tym, kto cieszył się ze złotych medali. Raków posypał się na finiszu, wpadł w dołek, zaczął w prosty sposób tracić punktów, a Lech wiedział, że nie ma miejsca na pomyłki, więc zaczął regularnie wygrywać, czasami nawet siłą woli czy dzięki szczęściu, które też w niektórych momentach okazuje się bezcenne.
Trzeba przyznać wprost, że to Niels Frederiksen stał się głównym autorem tego sukcesu. To on, mimo że na pewno jeszcze jest sporo poprawy zrobił najwięcej, by Poznań mógł cieszyć się z dziewiątego w historii mistrzostwa Polski. Odbudował piłkarzy, wprowadził młodzież do zespołu, własny styl gry i taktykę, która okazała się bezkonkurencyjna. Teraz wystarczy jeszcze mu pomóc. Stworzyć Duńczykowi jak najbardziej komfortowe warunki do pracy i odpowiednio wzmocnić jego drużynę, którą czeka najprawdopodobniej o wiele trudniejszy sezon niż ten dopiero zakończony, bowiem wszystko wskazuje na to, że na Bułgarską wrócą pucharowe zmagania.
Mikołaj Duda



