Dziewiąty mistrzowski tytuł wywalczony został stylem rozpaczliwym, a apogeum nerwów, momentami zgryzoty, złości, na koniec wielkiej ulgi przypadło na mecz ostatni, z Piastem Gliwice. Trzeba go było wygrać. Lech tego dokonał z wielkim trudem. Niewiele brakowało, by wszystko przepadło w samej końcówce. Nie dość, że skład był mocno osłabiony, to trener, narażając kibiców na stratę zdrowia, po kolei zdejmował z boiska wszystkich piłkarzy z jakością, wpuszczając na nie juniorów, a na koniec Fiabemę.
Rzadko się zdarza, by trener odniósł tak wielki sukces już w pierwszym roku pracy. Niels Frederiksen okazał się fachowcem nie od parady. Natychmiast przeobraził grę zniszczonej przez poprzednika drużyny, zdobył uznanie za ofensywny styl i mimo huśtawki nastrojów, aż ośmiu porażek w sezonie, dopełnił działa na finiszu. Emocje były nie byle jakie, mecze remisowane i wygrywane w dramatycznych okolicznościach złożyły się na dorobek pozwalający postawić kropkę nad „i” na finiszu rozgrywek.
Trzeba jednak było odnieść ostatnie zwycięstwo, a Piast się nie podłożył. Pokazał dużo jakości i był o włos od popsucia w Poznaniu święta. Lech od samego początku miał poważne problemy. Nie forsował zresztą tempa, gra toczyła się głównie w środku boiska. Ghilizadeh był o włos od oddania swego firmowego strzału, ale długimi na boisku nic się działo, w dodatku trzeba było uważać na sprawnie konstruowane ataki Piasta. Wreszcie przyszedł ten jeden moment. Ali posłał piłkę z prawej strony pola karnego na drugie skrzydło, tam grający z konieczności jako lewy pomocnik Carstensen podał do środka, a pozostawiony bez opieki Sousa głową strzelił gola. Okazji bramkowych było w pierwszej połowie jeszcze kilka, gracze Lecha nie strzelali jednak celnie.
W drugiej połowie Lech powinien dołożyć bramkę oszczędzając nerwy fanów, którzy wypełnili stadion do ostatniego miejsca. Szło jednak jak po grudzie. Ataki nie zazębiały się. Mnożyły się błędy, a najczęściej myliła się młodzież – Kozubal, a zwłaszcza Gurgul. Trzeba więc było liczyć upływające minuty i mieć nadzieję, że Piast gola nie strzeli. Niespodziewanie padła bramka dla Kolejorza, strzelona przez Carstenssena, kibice wpadli w ekstazę, ale na krótko – VAR orzekł spalonego i wciąż było 1:0. Piast, który odzyskał w ten sposób nadzieje, nacisnął mocniej i pod bramką Mrozka robiło się gorąco.
W tym meczu nie mogli wystąpić m.in. Murawski, Salamon, Walemark, Hakans. Trener łatał skład, a w momencie, gdy decydowały się losy całego sezonu, po kolei zdejmował z boiska zawodników z umiejętnościami: Gholizadeha, Hoticia, Ishaka, Sousę, który prawdopodobnie pożegnał się z kibicami na zawsze. Zastąpili ich Lisman, Mońka, Dudek, w końcu Fiabema. I skończyła się gra Lecha, a zaczęła się, nomen omen, obrona Częstochowa. Nie było co marzyć o przemyślanym wyprowadzaniu piłki. Była wybijana, by natychmiast wrócić na przedpole Mrozka, który prosił się o kłopoty wybijając ją byle dalej, zwykle na aut, albo wprost do przeciwników. Kibicom ścierpła skóra, na stadionie zapanował cisza, gdy Felix w samej końcówce trafił piłką w słupek. Tragedia Lecha była o włos.
Ostatnie minuty to już oczekiwanie na końcowy gwizdek Marciniaka, trzymanie piłki jak najdalej od bramki. Lech nawet nie próbował udawać, że gra w piłkę. Wyglądało to okropnie, ale skończyło się dobrze i stadion wpadł w euforię, zaczęło się wielkie świętowanie.




