Lech w Niecieczy nie mógł nie wygrać, ale formy wciąż szuka

Uśmiechy od ucha do ucha pojawiły się na twarzach przeciwników Lecha w Lidze Konferencji, analizujących ostatnie jego mecze ligowe. Nie potrzeba zresztą szczegółowej analizy, by się przekonać, ile mu brakuje do poziomu przynajmniej przeciętnego, jak wiele w jego grze występuje wad i słabości, nawet w tym drugim, zwycięskim spotkaniu. Największe problemy ma z konstruowaniem akcji, organizacją gry w środku boiska, celnością podań.

Mecz Lecha w Niecieczy zapamiętamy przede wszystkim ze święta, jakim było skompletowanie przez króla Ishaka setki bramek dla Kolejorza i od razu rozpoczęcia setki kolejnej. Długo trzeba było czekać, aż czołowy napastnik całej ligi odblokuje się, przełamie chwilową, jak się na szczęście okazało, niemoc. Od początku sezonu strzelał i strzelał, grał „od dechy do dechy”, bo nie było innego wyjścia. Trzeba było rozgrywać ważne mecze, a mistrz kraju, aż do ostatnich godzin okienka transferowego, dysponował tylko jednym napastnikiem. To musiało się zakończyć kontuzją i mozolną rehabilitacją.

Gole Ishaka dały zwycięstwo w Niecieczy, ale długo się na to nie zapowiadało. Przez pierwsze 45 minut meczu nie zanotował ani jednego kontaktu z piłką w polu karnym rywala. Pierwsze dotknięcie nastąpiło krótko przed przerwą i od razu dało drużynie prowadzenie. Dlaczego tak dobry napastnik nie był wykorzystywany częściej? O to należałoby spytać jego kolegów z drużyny, tych ze skrzydeł i ze środka pola. Każdy napastnik żyje z podań, samodzielnie niewiele zdziała, nawet jeżeli nazywa się Robert Lewandowski lub Harry Kane.

Trener Lecha zdecydował się w tym meczu na skład, jak się miało okazać, zwycięski, ale zawdzięcza to głównie niskiej jakości przeciwnika. Gdyby trzeba było się mierzyć z lepszymi, w bardziej wyrachowany sposób grającymi piłkarzami, nie mogłoby się to udać. Pomoc Lecha nawet w takim spotkaniu nie zapewniła panowania na środku boiska. Ouma robił, co mógł, by dobrze wywiązać się z roli „szóstki”, jednak równie często, jak z rywalami, musiał walczyć z samym sobą próbując ratować sytuację po złym przyjęciu piłki, niefortunnym jej odbiciu. Kluczowych dla losów meczu pomyłek na szczęście nie popełnił, ale kibicom Lecha wielokrotnie cierpła skóra po zagraniach Kenijczyka.

Problemem w tym meczu była nie tylko „szóstka”, ale i „dycha”. W rolę rozgrywającego musiał wejść Luis Palma, dużo lepiej czujący się z boku boiska i tam mimowolnie szukający szczęścia. Trzeba go pochwalić za jeden moment na początku drugiej połowy, gdy mistrzowsko wykorzystał katastrofalną postawę Jesusa Jimeneza. Przejął partacko zagraną piłkę i umiejętnie posłał ją do Ishaka, który o włos uniknął pozycji spalonej i strzelił tak, jak wypada takiemu snajperowi. Ale to zdarzyło się tylko raz na cały mecz. Więcej równie dobrych podań się nie doczekał, ani ze skrzydeł, ani ze środka. Nieciekawe ustawienie personalne nie posłużyło nie tylko Ishakowi, ale i Jagielle, który sprawiał wrażenie, że nie wie, jak się poruszać, przemieszczać się na bok boiska, czy robić to, co potrafi – szukać przestrzeni między liniami. Niemoc ofensywna Lecha wynikała z braku piłkarzy kreatywnych. Aktualnie takich nie posiada. I cierpi z tego powodu.

Jeżeli wypada kogoś za postawę w tym meczu pochwalić, to głównie Lismana, coraz pewniej czującego się w drużynie. Okrzepł na tyle, by brać się za szybkie zwody, które nie zawsze wychodziły, ale kilka razy mogło z nich wyniknąć coś ciekawego. Pierwszy raz w tym sezonie nie można też mieć pretensji do obrońców. Cieszyliśmy się z powrotu do Poznania Mateusza Skrzypczaka, ale potem wesoło nie było. Alex Douglas błędów w Niecieczy nie popełniał, zaliczył też kluczową być może dla losów pojedynku interwencję. Cała obronna formacja była wreszcie skoordynowana i skoncentrowana, a Gurgul, co zadziwiające, popełnił mniej błędów niż bardziej ofensywnie nastawiony Pereira, mający kłopoty z precyzją podań i orientacją na boisku.

Lech w Niecieczy nie mógł nie wygrać, ale formy wciąż szuka

Trudno wyczuć, czym kierował się trener przeprowadzający zmiany. Zastąpienie słabnącego Pereiry Gumnym miało sens. Pozwolenie Ishakowi odpocząć przed trudnymi tygodniami też. Agnero mógł go nawet zastąpić wcześniej, ale co na boisku robił Fiabema? Czy dbający o jego komfort psychiczny trener zadbał, by nie było mu przykro na ławce? Jedynym jego „urobkiem”, oprócz kilku strat, była żółta kartka. Lech popełnił w sobotę ledwo kilka fauli. Przez cały mecz! Potem wszedł na boisko Fiabema. Czy w sytuacji, gdy gospodarze nacierają, nie byłoby lepiej wzmocnić pomoc lub defensywę?

Kolejny dobry mecz, zwłaszcza w pierwszej połowie, rozegrał Ismaheel. Nie zobaczyliśmy za to Rodrigueza, który wyglądał ostatnio na bardziej już zaaklimatyzowanego w Poznaniu. Agnero wszedł na ostatnie minuty i zagrał na poziomie Fiabemy, co bynajmniej nie jest komplementem.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny