Krajobraz po euroblamażu. Co dalej?

Słowo „rozczarowanie” nie oddaje pełni aktualnych uczuć ludzi sprzyjających Lechowi, głęboko wierzących, że to teraz inny klub niż ten sprzed kilku lat, gdy najmodniejszym w ich środowisku słowem było „bojkot”. Znów czują się sponiewierani. Tak wiele zainwestowali w Kolejorza, a znów zostają z niczym. Gdyby zdarzyło się to pierwszy raz, można byłoby wstać, otrzepać się i kroczyć dalej z wiarą, że zmierza się we właściwym kierunku. Co jest w tym klubie, że tak łatwo sprowadza na ziemię nie tylko marzycieli, ale tych, co wierzą, że wszystko zostało wreszcie zrobione tak, jak trzeba?

Wydaje się, że w ostatnim czasie nikt niczego nie zaniedbał, że przed wzmocnioną drużyną i trenerem, którego fachowości nikt nie kwestionuje postawiono konkretne zadania, stworzyło się określone warunki, by były one osiągalne. Nigdy nie wygra się wszystkiego, porażki są wpisane w sport, jego urok polega na tym, że ktoś skorzysta, gdy mocnemu powinie się noga. Ale stracić ogromną szansę na powtórzenie europejskich sukcesów tak nagle, tak boleśnie, przegrać rywalizację z kimś skazanym na nieodwołalną porażkę? To jest niezrozumiałe. Skłania do uwierzenia, że czynnikami racjonalne tego się nie wytłumaczy.

Niektórzy ludzie, ponad wszelką wątpliwość, mają w siebie wpisaną porażkę. Choćby nie wiem, jak się starali i robili wszystko, by wreszcie się powiodło i mają przekonanie, że nigdy się nie poddadzą, zawsze przegrywają. Nawet gdy coś się wreszcie zaczyna udawać, finał jest przykry. Na świecie są urodzeni zwycięzcy, ale są i tacy, którym nie udaje się nigdy. Być może w Lechu mamy do czynienia właśnie z takim metafizycznym zjawiskiem. Nie od zawsze, od kilkunastu lat. Trudno inaczej wyjaśnić te kolejne blamaże, te seryjnie przegrywane finały Pucharu Polski. Ogromnego pecha mają więc wszyscy, a są ich setki tysięcy, którzy zainwestowali uczucia w klub tak naznaczony.

W ostatnich godzinach zostało napisanych i wypowiedzianych wiele słów o stratach poniesionych przez tę jedną porażkę. Przepadły liczone w milionach euro pieniądze od UEFA, przepadł punktowy ranking sprzyjający dobremu losowaniu, więc jeżeli uda się awansować do pucharów, to można trafić na zespół z Anglii, Francji, Włoch i znów odłożyć marzenia o zawojowaniu Europy. Za Marchwińskiego i Szymczaka, promujących się tylko w słabej polskiej lidze, nie otrzyma się tyle, co za Skórasia. Nie bezpośredni, ale niewątpliwy wpływ na klubowe finanse mają straty wizerunkowe. Europejską markę szlag trafił, stadion nieprędko się zapełni, na trybunach pozostaną tylko tacy, którzy są z klubem na dobre i na złe, a ich nie liczy się w dziesiątkach tysięcy. Wiarę w kogoś buduje się bardzo sługo, ale stracić ją można w sekundę.

Z perspektywy czasu, znając przebieg wydarzeń, łatwo osądzać i krytykować. Kiedy się zastanowić nad przebiegiem wydarzeń i nad podejmowanymi decyzjami można zauważyć, że to nie tyle musiało się wydarzyć, co miało prawo. Zostały stworzone warunki, los i ambitny przeciwnik dokonali reszty. Słowa trenera, chwalącego swych piłkarzy za pełną kontrolę nad pierwszym meczem, brzmią śmiesznie. Kontrola nie polega na wymianie piłki daleko od miejsca, gdzie skoncentrowane są wszystkie siły rywala. Lech stosował najprostsze, bezpieczne rozwiązania, unikał zagrań ryzykownych, nie wykazał determinacji w dążeniu do zdobywania bramek, a w dodatku podał Spartakowi w końcówce pomocną dłoń. To jest kontrola?

Doświadczonym trenerom też zdarzają się błędy. Van den Brom nie musiał trzymać Ishaka na boisku tak długo. Szwed potrzebuje minut, ale trzeba znać umiar i pamiętać, że skutki choroby, która go dotknęła, mogą się odzywać miesiącami i narobić wiele szkód. Poza tym obrana na ten dwumecz taktyka nie była słuszna. Podania po obwodzie i spokojne budowanie akcji było czymś, na co czekali Słowacy. Sami grali zupełnie inaczej. Bronili się, ale kiedy przejmowali piłkę, wszystko się zmieniało. Przemieszczali się z nią pod bramkę Lecha w sekundy, choć w niewielkiej liczbie. To wystarczyło, bo obrona Kolejorza grała tragicznie. Żaden piłkarz nie stanął na wysokości zadania, a postawę Anderssona można nazwać sabotażem. To on zawinił przy pierwszym golu, zawalił mnóstwo akcji ofensywnych. Przyczyn nie znamy, ale trener powinien.

Po tym golu posypało się wszystko. Lech już nie wrócił do swojej gry, mógł tylko w dalszym ciągu „kontrolować” mecz. Mówi się, że publiczność na poznańskim stadionie pomaga piłkarzom, ale słowacka nie była gorsza. Tworzyła presję na piłkarzach, na podejmującym specyficzne decyzje arbitrze. Z całą pewnością miała wpływ na ostateczny wynik, a europejskie doświadczenie piłkarzy Lecha okazało się mitem.

Chcielibyśmy teraz poznać stanowisko ludzi rządzących klubem. Co mają ludziom do powiedzenia? Kogo obwiniają za słowacki blamaż? A przede wszystkim – co dalej? Jaka jest odpowiedź światłego zarządu na to, co się wydarzyło? Jak klub będzie ratował finanse, czy w ogóle jest taka konieczność? Trzeba będzie odchudzić kadrę, by oszczędzić i móc promować młodzież? Bez głosu przez tych, co ponoszą za klub odpowiedzialność, skazani będziemy na domysły i spekulacje. Wiemy tylko, co kibice chcą usłyszeć. A nie interesuje ich nic innego, jak oświadczenie, że priorytetem w zaistniałej sytuacji jest zdobycie mistrzostwa i wszystko będzie temu podporządkowane.

Udostępnij:

Podobne

Bezcenne zwycięstwo Warty

To był klasyczny mecz o sześć punktów. Warta mierzyła się z rywalem w walce o utrzymanie się w lidze – Koroną Kielce. Musiała walczyć w