Droga do mistrzostwa Polski znów prowadziła Lecha przez Śląsk. I znów sprostał wyzwaniu, choć tym razem nie poszło mu łatwo. Niewiele brakowało, by trwająca miesiącami walka zakończyła się fiaskiem na samym finiszu, w Katowicach. Gospodarze walczyli tak, jakby chcieli potwierdzić plotki o nadzwyczajnej motywacji zapewnionej przez rywali Lecha. Ten mecz przypominał cały sezon. Styl był momentami rozpaczliwy, ale wynik się obronił.
Znów jak na dłoni zobaczyliśmy słabości Lecha. Wszystkie oprócz jednej. Tym razem dał radę wrócić do meczu po stracie gola, i to dwukrotnie, choć przełamanie się nie poszło mu łatwo, zwłaszcza to pierwsze. GKS był o włos od uzyskania tego, o co tak dzielnie i ambitnie walczył – zapewnienia mistrzostwa Rakowowi Częstochowa. Lech z ogromnym trudem się obronił przed dwubramkowym prowadzeniem gospodarzy. I potrafił zdobyć gole utrzymujące go na powierzchni.
Podobno zawsze musi przyjść ten pierwszy raz i Śląsk nie okaże się przyjazny. Nie tym razem, tradycji znów stało się zadość, choć za sprawą nakręconych do walki gospodarzy było trudno, jak nigdy. Byłoby znacznie spokojniej, gdyby Gholizadehowi wyszło firmowe zagranie, i to na początku spotkania. Znalazł sobie miejsce, oddał strzał lewą nogą, mocno zakręcona piłka zmierzała przy słupku do bramki, jej lot zmienił jednak głową obrońca Kuusk i gospodarze oraz ekipa Rakowa mogli odetchnąć z ulgą. Potem to Lechowi dopisywało szczęście, choć nie za każdym razem i Mrozek dawał się pokonywać.
GKS grał bez klasycznego napastnika w składzie, z różnych przyczyn stracił obu takich graczy. Ubytki w kadrze Lecha były jednak liczniejsze i bardziej odczuwalne. Nie mogli wystąpić Hakans, Murawski, Salamon, Jagiełło, którzy mogliby się znaleźć w pierwszym składzie. Występujący na ważnych pozycjach młodzieżowcy popełniali błędy, na które liczyli przeciwnicy. Fatalne wyprowadzenie piłki przez Gurgula było przyczyną straty gola w drugiej połowie. Trener Frederiksen po meczu nie miał do niego żalu, a dziennikarzom mówił o zaufaniu i o polityce klubu, w którym wychowankowie w znaczący sposób kształtują budżet. Chciałoby się powiedzieć – coś za coś…
Przed sobotnim finałem Lech ma wszystko we własnych rękach. Piast jest na fali, wygrywa mecze demonstrując na finiszu rozgrywek i na pożegnanie dotychczasowego trenera zadziwiającą skuteczność i prawdopodobnie postawi się tak samo, jak beniaminek z Katowic. Lech musi sobie radzić licząc przede wszystkim na klasę czołowych swych graczy. Walemarka wśród nich nie będzie. Strzelił kluczowego gola, ale wcześniej nieprofesjonalnym zachowaniem wykluczył się z ostatniego meczu. Lisman ma dopiero zadatki na dobrego skrzydłowego, stanu zdrowia Hakansa nie znamy. Łatwo więc nie będzie, ale nie można sobie pozwolić, by po przepłynięciu rwącej rzeki zatonąć tuż przy drugim brzegu.
Ktoś przeniesiony do dzisiejszej rzeczywistości z poprzednich dekad, oglądając decydujące w lidze mecze, przecierałby oczy ze zdumienia. Dawniej w ostatnich kolejkach wszystko było jasne, rywale wzajemnie szanowali nerwy i zdrowie własne i tzw. działaczy. Można było wyniki obstawiać w ciemno, decyzje zapadały jeszcze przed wyjściem drużyn na boisko. Teraz tego nie widzimy, trwa walka na całego. Kto by się spodziewał, że Raków nie wygra z Koroną, której na niczym już nie zależy? Albo że Lech będzie się ratował przed naporem beniaminka, też nie grającego już o nic wymiernego? Niczego nie wiemy też przed ostatnią kolejką i wszystko wskazuje, że piłkarze Kolejorza zapewnią niejednemu kibicowi wizytę u kardiologa.



