Jak w starym dowcipie o Jasiu – jeszcze tylko odbiór świadectwa, lanie od ojca i można cieszyć się wakacjami. Piłkarze Lecha też za chwilę zaczną zimowe ferie. Jeszcze tylko wypad do Czech, który w razie porażki grozi stratą przez klub pokaźnej kwoty i trafieniem na trudniejszego rywal w następnej fazie. Zły wynik wpisałby się w serię wyjazdowych klęsk: blamażu w Gibraltarze, zmarnowania szansy w Madrycie. Wywalczenie w Ołomuńcu punktów dałoby nadzieję na ciekawszą wiosnę.
Ósme miejsce w ligowej tabeli po jesiennej części rozgrywek to nie powód do satysfakcji. Lech to przecież mistrz Polski, ma najwartościowszą w lidze kadrę. Są jednak czynniki łagodzące. Od lidera dzielą go 4 punkty, a to żadna strata. Faworytem rozgrywek nie jest nikt. Przy obecnym układzie tabeli szanse na tytuł ma nawet ktoś będący aktualnie za plecami Kolejorza. Jeszcze tygodnie temu wydawało się, że sezon jest zmarnowany. Teraz wiemy, że można osiągnąć więcej niż rok temu, ale tylko pod warunkiem profesjonalnego przygotowania zespołu do wiosny.
Równie płaskiej tabeli nie było od dekad. Każda kolejka może przynieść przetasowania. Legia jest bliższa spadku niż awansu do europejskich pucharów, ale nawet ona może jeszcze zaistnieć. Tym bardziej Lech, który ma szansę zdobyć 54 punkty, a nawet połowa tej liczby stworzy nadzieję na triumf. Przetasowania mogą następować co tydzień. Wystarczy w miarę regularnie punktować, strzec się czerwonych kartek, by piąć się w górę. Sezon zaczął się od kontuzji kluczowych piłkarzy. Ich powrót do drużyny może ją wzmocnić niczym po udanych transferach. Sam Walemark, po odzyskaniu formy, potrafi wygrywać mecze prawie w pojedynkę. Mając także Ishaka, Palmę, Gholizadeha, Ismaheela, Bengtssona i grających za ich plecami Rodrigueza i Jagiełłę, nie wolno bać się nikogo.
Gorzej dzieje się w pomocy. Ouma może opanować środek boiska, o ile nie straci poczytalności, a to przecież jedyna w klubie prawdziwa „szóstka”. Kozubal i Jagiełło, nawet Rodriguez mogą próbować sił na tej pozycji, ale to rozwiązanie sztuczne. Dlatego dużo zależy od zdrowia Radosława Murawskiego. Nie mamy żadnych informacji na jego temat. Prawdopodobnie daleko mu do powrotu na boisko, więc opanowanie kadrowego deficytu jest niezbędne.
Gdyby nie piłkarski rozkwit Wojciecha Mońki, zakończenie jesieni byłoby dla Lecha gorsze. Straciłby jeszcze więcej bramek i punktów. Przy urazach Milicia i Douglasa trener miałby poważne zmartwienie. A teraz nie dość, że 18-latek spisuje się zadziwiająco dobrze, z dnia na dzień zamienił się na solidnego obrońcę, to mniej błędów popełnia Skrzypczak, choć i tak gra sprowadzonego z Białegostoku wychowanka to duże rozczarowanie. Gdyby nie tragiczna gra defensywy, Lech już dziś mógłby być liderem. Jej błędy były kosztowne, na szczęście w ostatnich tygodniach sytuacja się ustabilizowała.
Mimo dużych problemów personalnych, mimo postawy w kilku meczach załamującej, Lech wciąż walczy na trzech frontach. Gdyby w marcu ograł u siebie Górnika, znalazłby się w półfinale Pucharu Polski z poważną szansą na przerwanie fatalnej serii w tych rozgrywkach, porównywalnej do „osiągnięć” Pogoni Szczecin. Wiosną, przy szczęśliwych układach, można powalczyć w Lidze Konferencji, błysnąć jednym czy drugim awansem, a to mocno wpłynie na ocenę klubu, na finansowe przychody.



