Choć Lech nie wykorzystał szansy pokonania kiepskiego aktualnie, ale grającego w Bundeslidze zespołu, to i tak uzmysłowił nam, jak wiele się zmieniło od czasu poprzedniej rywalizacji z zespołami z Niemiec. Kiedyś wyjście obronną ręką ze starcia z ekipą z innego piłkarsko świata nie wchodziło w rachubę. Polskiej lidze wciąż daleko do niemieckiej, ale Kolejorz rozegrał wyrównany pojedynek, zmusił przeciwnika do desperackiej obrony i kradzieży czasu. To prawda, że końcówkę meczu rozgrywał w liczebnej przewadze, ale nie odstawał zanim drużyna z Mainz została zdekompletowana. Wystarczyło więcej pewności siebie i determinacji, mniej obawy przed kontratakami, by posłać rywala na deski.
Pierwsze zetknięcie Lecha jeszcze prowincjonalnego, resortowego z niemieckim futbolem było bolesne. Nie można porównać tamtej Polski do obecnej ani dawnego, biednego jak mysz kościelna Lecha do klubu dzisiejszego. Jedynymi międzynarodowymi rozgrywkami, w których uczestniczył, były Mistrzostwa Europy Kolejarzy, organizowane tylko w „lepszej”, wschodniej części Europy. Mierzył się z klubami z Bułgarii, Czechosłowacji, NRD. Kibice oklaskiwali tamtych piłkarzy i nie obchodziło ich, że to zaścianek piłkarskiego świata. Wejście na salony nastąpiło w 1978 roku i było klasycznym wpadnięciem na ścianę.
Lech dowodzony przez Jerzego Kopę cudem uratował się przed spadkiem z ligi, a już w kolejnym sezonie zajął trzecie miejsce, do końca rywalizując nawet o mistrzostwo, załapał się do Pucharu UEFA. W ten sposób bogatym Niemcom z Duisburga przyszło rywalizować z klubem, którego nie było stać nawet na… piłkarskie stroje. Trzeba je było pożyczyć od Warty ze względu na takie same barwy pucharowych rywali, a Lech miał tylko jeden komplet koszulek. Na wyjeździe, dzięki sąsiadom z Wildy, grał na zielono. Wynik meczu? 5:0. Trudno się dziwić. W ekipie rywali grali m.in. świetny obrońca Bernard Dietz, napastnik Ronald Worm, austriacka gwiazda Kurt Jara.
W rewanżu obiekt im. 22 Lipca, zamieniony ze względu na centralne dożynki w coś, co stadion tylko z trudem przypominało, zapełnił się tylko w części. Trener Kopa nakazał swym piłkarzom rzucić się od początku do ataku. Tak zrobili, momentami zmuszali Niemców do obrony. Rezultat? Szybka strata trzech goli. Przy wyniku 0:3 pierwszego gola dla Lecha w europejskich pucharach zdobył Jerzy Kasalik. MSV Duisburg odpowiedział kolejnymi dwoma, na koniec do siatki trafił Mirosław Okoński. Wynik 2:5 odzwierciedlał różnicę jakości.
Kolejne zetknięcie z zespołem z Bundesligi było mniej bolesne. Borussia Moenchengladbach w 1985 roku była czwarta w swej lidze, ale Lecha u siebie nie pokonała. Frank Mill dał jej prowadzenie, lecz tuż przed końcem wyrównał Damian Łukasik. Rewanż przy Bułgarskiej ujawnił prawdziwą różnicę poziomów. Niemcy nawet na chwilę nie stracili kontroli nad wydarzeniami, pewnie wygrali 2:0. Ale w kibicowskich sercach pojawiła się nadzieja, że następna polsko-niemiecka rywalizacja będzie jeszcze bardziej wyrównana. I tak się stało, ale dopiero po trzydziestu latach, gdy los zetknął w Pucharze Konferencji Lecha i 1 FSV Mainz 05. Choć klub z Moguncji w swej lidze dołuje, to nowy trener na mecz przy Bułgarskiej wystawił skład najmocniejszy.
Zwycięstwo Lecha było o włos, a gdyby wymienić braki, które to uniemożliwiły, trzeba byłoby zacząć od niechlujstwa. To, czego dopuszczali się piłkarze nie tylko w tym spotkaniu, w Bundeslidze, ani nigdzie indziej nie byłoby tolerowane. Mnóstwo dobrych akcji poszło na marne przez byle jakie podanie, wyskok do piłki po to tylko, by ja trącić bez nadawania kierunku, dokonywanie złych wyborów. Było to szczególnie widoczne w fazach przejściowych. Niemcy potrafili błyskawicznie zorganizować kontratak, w mig, dzięki precyzyjnym podaniom, zagrozić Mrozkowi. W swej lidze są czerwoną latarnią, ale fuszerki u nich nie ma. To dzięki temu w ostatnich minutach, gdy głęboko się bronili, paraliżowali ataki pozycyjne Lecha. Gospodarze mieli świadomość, że strata piłki na połowie rywala może skończyć się katastrofą, więc stosowali tylko bezpieczne podania. Kiedy mieli rywala prawie na łopatkach, nie szli jak po swoje. Bardzo chcieli wygrać, ale byli przy tym ostrożni.
Wartość rynkowa piłkarzy z Moguncji kilkakrotnie przewyższa wartość najlepszych Lechitów. W Bundeslidze kilkanaście, nawet 20-30 tysięcy milionów to codzienność. Poziom gry Kolejorza i FSV Mainz był jednak zbliżony. Gorzej ze świadomością własnej wartości. Na zrównanie poziomu finansowego trzeba chyba czekać kolejne dekady. Inna sprawa, to właściwy stosunek pieniędzy do jakości. Gracze tacy, jak Nebel czy Hollerbach są warci tyle, ile trzeba byłoby za nich zapłacić. Kluby z Bundesligi mają bez porównania większe możliwości finansowe, ale nie wchodzi w rachubę, by któryś z nich wydał miliony na zawodnika o takich umiejętnościach, jak Agnero. Lech ma gest. I na razie tylko tym góruje nad ekipami z Niemiec.




