W udostępnionym niedawno przez Lecha ciekawym filmie dokumentalnym ujawniającym, jak klub dokonuje transferów prowadząc skauting, potem negocjacje, podejmując ostateczne decyzje, aktualny trener nie gra głównej roli. Nie on jest bohaterem prawie półtoragodzinnej produkcji. Nawet jeśli się uwzględni, że z wielokrotnie dłuższego materiału wyselekcjonowana została tylko pożądana część, to jest oczywiste, jak podejmuje się tu decyzje. Trener z pewnością ma coś do powiedzenia, ale trudno o zarzut, że wszystko odbywa się pod dyktando tego, który w największym stopniu odpowiada za wyniki.
Właśnie dlatego taki klub nigdy nie zaangażuje kogoś takiego, jak Marek Papszun. Ten nie pozwoliłby sobie na pomijanie go podczas jakichkolwiek procesów dotyczących budowy drużyny. W Lechu wpływ na wszystko z samego założenia musi mieć ktoś inny. Owszem, zdarzały się próby odstępstw od takiego porządku, ale nie skończyły się dobrze dla nikogo. Nie jest tajemnicą, że Maciej Skorża, po wywalczeniu swego pierwszego mistrzostwa, urósł we własnych oczach i starał się decydować o wszystkim, a to nie spodobało się współpracownikom, kierownictwu i innym do dziś wspominającym tamten czas osobom. Nie skończyło się to dobrze, gdyż do grona niezadowolonych zaliczali się też piłkarze. Wracający do klubu po siedmiu latach trener zapewnił, że jest świadomy własnych błędów. Dowiódł, że inteligentni ludzie ich nie powtarzają.
Przy Bułgarskiej był jeszcze jeden, zadziwiający przypadek postawienia wszystkiego na jednego konia, pozbawienia się wpływu na trenerskie decyzje. Władze Lecha ślepo wierzyły, że Adam Nawałka wydobędzie Lecha z otchłani, wytrwałą i mądrą pracą własną, swego licznego i kosztownego sztabu oraz piłkarzy zapewni drużynie długie prosperity. Opinie osób przekonujących, że ten człowiek nie ma na to papierów, nie zostały wysłuchane i znów trzeba było mozolnie podnosić zespół z upadku. Przepadły pieniądze, czas, kibicowska cierpliwość.
Nie wiemy, czy kibice i właściciel Legii znajdą w sobie pokorę, by długo tolerować jednoosobowe rządy Papszuna. Być może wytrwają i doczekają się sukcesów na miarę Rakowa, mimo iż człowiek o rozsądku, wyczuciu i spokoju Michała Świerczewskiego to ewenement w środowisku opanowanym przez emocje. Wiemy tylko, że w Lechu szybko by się to posypało, a dwa największe w Polsce kluby bywają do siebie podobne. W Warszawie nabijali się z zatrudnienia na stanowisku trenera pracownika klubu, a potem postawili na niejakiego Astiza. Tyle, że nie czekali do końca sezonu na trenera docelowego.
Lech nie ma wiec trenera z absolutną autonomią, ale i nikt nikogo nie wyręcza w ustalaniu składu, wyznaczaniu taktyki. Duńczyk jest mądrym, zrównoważonym człowiekiem i wie, jak postępować, by trzymać się linii wyznaczonej przez szefów, nie wchodzić w konflikty, realizować strategię klubu. Sięgając po mistrzostwo powtórzył osiągnięcie z ojczyzny, gdzie zdobył tytuł z Brøndby IF. Tam jednak szybko pracę w roli trenera mistrza kraju pożegnał. Jesienią zapowiadało się, że i w Poznaniu długo nie popracuje. Niejeden komentator, niejeden dziennikarz spekulował już o następcy ratującym sezon, zmian domagało się wielu kibiców. Blamaż w Gibraltarze, nieumiejętność wygrywania u siebie mimo rekordowo wysokiej frekwencji nie przemawiały na jego korzyść. Jednak odzyskał kontrolę nad wydarzeniami i wciąż ma szanse zostać drugim trenerem w historii klubu potrafiącym obronić tytuł. Udało się to tylko legendarnemu Wojciechowi Łazarkowi. Jedynemu, który z Kolejorzem wywalczył dublet. Także ten wyczyn może powtórzyć Frederiksen.
Od początku nowej ery, czyli obecności rodziny Rutkowskich przy Bułgarskiej, tylko jednemu trenerowi udało się zrealizować kontrakt w całości. Temu pierwszemu. Następca Franciszka Smudy, Jacek Zieliński objął zespół w 2009 roku, by mimo wywalczenia mistrzostwa odejść w 2010 roku. Z dnia na dzień drużynę przejął Jose Mari Bakero, by w ten sam sposób odejść z klubu wiosną 2012 roku. Zastąpił go asystent Mariusz Rumak, wyrzucony po islandzkim blamażu w 2014 roku. Po nim zapanował Skorża, zwolniony tygodnie po mistrzostwie kraju. Ratownik Jan Urban popracował prawie rok, zastąpiony w trakcie sezonu przez Nenada Bjelicę. Chorwat wyleciał w 2018, gdy Lech na finiszu stracił prawie pewny tytuł. Zastąpili go trenerzy tymczasowi, potem Ivan Djurdjević, wreszcie Dariusz Żuraw, który w trakcie sezonu 2018/2019 musiał ustąpić miejsca Nawałce. Miejsce wyrzuconego eks selekcjonera znów zajął Żuraw, a po nim wrócił Macieja Skorża. Jak pamiętamy, zrezygnował tuż po zdobyciu mistrzostwa na jubileusz klubu. John van den Brom popracował ponad rok, awaryjnie zastąpiony przez Mariusza Rumaka, potem nadszedł czas Frederiksena.
Okres prób i błędów – tak można podsumować powyższą wyliczankę. Chluby ona ludziom rządzącym klubem nie przynosi. Jednak wiele wskazuje, że to już koniec fatalnego okresu. Duński trener ma ogromne szanse na realizację kontraktu w całości. Mało tego – jest na dobrej drodze do przedłużenia go, co w nowej erze klubu jeszcze nie wystąpiło. Musiałby nastąpić kataklizm, by Niels Frederiksen nie popracował do maja. Nie musi zdobywać mistrzostwa, Pucharu Polski, długo grać w Europie, by przedłużono z nim umowę. I bez tego może spełnić oczekiwania rządzących Lechem.
Na całe szczęście jest też człowiekiem ambitnym i nie wystarczy mu po prostu być w tym klubie. Zrobi wszystko, by przyszły trofea. Trzeba mu tylko życzyć powodzenia i wierzyć, że otrzyma w tym dziele pomoc od klubu w postaci drużyny o zbilansowanym składzie.



