Gdyby mecz trwał 75 minut, Lech wróciłby z Zabrza z punktami. Do tego czasu panował nad wydarzeniami, prowadził po golu Sayyadmanesha, wykorzystywał jakość i doświadczenie swych graczy. Bardziej zagubiony niż ostrożny, niepewny swego Górnik, po trzech zmianach, zmienił oblicze i ruszył do ataku. Nie wygrałby jednak, gdyby nie tragiczna postawa obrońców Lecha przy dwóch, egzekwowanych co kilka minut rzutach rożnych. Po tych ciosach tylko udawał, że próbuje się odgryźć. Pierwsza, frajerska porażka mistrza Polski w sezonie stała się faktem.
Skład Lecha niewiele się różnił od tego sprzed tygodnia. Trener zamienił tylko kolejność kilku graczy zaczynających spotkanie i wchodzących na boisko jako rezerwowi. Jak się miało okazać – bez wyczucia. Tym razem na swoją kolej czekali Ishak, Jagiełło, Palma. Po kolejnych zmianach Lech grał coraz słabiej. Za to do końca spotkania na boisku przebywał ten, co partolił akcję za akcją – Bergren. Zmiennicy nie okazali się jokerami. Gra Kolejorza siadła.
Bardzo ostrożnie zaczął Lech ten mecz. Starał się długo trzymać piłkę na własnej połowie, spokojnie ją rozgrywać, nie było szybkich ataków. Górnik się dostosował, więc niewiele się działo ciekawego. Tylko kilka razy gościom udało się przedostać pod pole karne wicemistrzów Polski. Kończyło się to nieporozumieniami, niecelnymi podaniami. Dopiero po kwadransie Sayyadmanesh uderzył mocno sprzed szesnastki. Bramkarz wybił piłkę spod poprzeczki, więc jedyną, szybko zmarnowaną korzyścią był rzut różny.
Taki sposób gry nie sprzyjał Walemarkowi. Nie mógł pokazać szybkości, przebojowości. „Wyróżnił” się tylko żółtą kartką podczas próby wyjścia z piłką z defensywy. Dopiero w 35 minucie wreszcie rozpędził się, dośrodkował, a Sayyadmanesh umiejętnie, z dużym wyczuciem strzelił głową wykorzystując nieporozumienie obrońców i bramkarza próbujących piłkę zatrzymać. Ten gol nie ożywił przebiegu wydarzeń, Górnik nie zaatakował energiczniej, wciąż nie chciał się odsłaniać. Lech na wiele gospodarzom nie pozwalał, czuł się panem sytuacji.
Także przerwa nie przyniosła zmiany obrazu gry. Lech wciąż grał spokojnie, taktycznie, a Górnik do tego się dostosował. Ciekawych akcji było jak na lekarstwo. Gra była często przerywana faulami, raz po raz zawodnicy leżeli na murawie w oczekiwaniu na pomoc, a sędzia miał poważne problemy z interpretacją tych przewinień. Po 20 minutach w Górniku nastąpiły trzy zmiany, co w końcu spowodowało, że gospodarze chętniej i częściej nacierali. Także w Lechu nastąpiły zmiany. Druga linia Lecha przestała istnieć po zejściu z boiska Murawskiego. Zastąpił go Jagiełło. Zakończył też mecz Sayyadmanesh, w jego miejsce wszedł bezproduktywny Palma. Lech niezły zamienił się w Lecha słabego.
Zaczął się trudny dla niego okres. Dał się zamknąć na swojej połowie, nie stać go było na wyprowadzanie choćby jednego kontrataku. Agnero kolejny raz osłabił zespół. Nie było płynności gry, była bojaźń. Coraz trudniej powstrzymywało się ataki Górnika, aż wykorzystał on największą swą broń – stałe fragmenty. Rzut rożny przyniósł wyrównanie za sprawą niezbornej gry defensorów Lecha, niewytłumaczalnych ruchów Skrzypczaka. Lech nie dawał rady wrócić do meczu, a gospodarze wciąż nacierali, ich przewaga rosła. Po kilku minutach mieli kolejny rzut rożny. Znów go wykorzystali, znów Skrzypczak z bliska przyglądał się strzelcowi gola. Yegbe przesiedział mecz na ławce rezerwowych.
W ten sposób w kilka minut sytuacja dramatycznie się zmieniła. Lech stanął, jego znani z jakości piłkarze nie podejmowali już walki, przeprowadzili tylko kilka akcji ofensywnych marnej jakości. Już do końca meczu Górnik był panem sytuacji.




