Dawno nie było tak pięknie. Czujemy dumę obserwując, co się dzieje w Warszawie po niedzielnych wydarzeniach. Najpierw zapanowała jakże miła dla uszu cisza na stadionie, potem media rozpisywały się o bardzo ładnej grze Legii i niesprawiedliwym dla niej wyniku. Poza stolicą nikt jakoś pokonanych nie żałuje. Lech tyle razy niezasłużenie przegrał na Łazienkowskiej, że biadolenie o farcie, jaki mu tym razem dopisał, brzmi śmiesznie, zresztą niejedna drużyna wyjeżdżała stamtąd z poczuciem wyrządzonej jej krzywdy.
Ten sam Marciniak, który prowadził niedzielny mecz, kilka lat temu uznał w końcówce meczu gola z kilkumetrowego spalonego, a nie była to jedyna „pomyłka” tego dziwnie często sprzyjającego warszawiakom arbitra. Nie tylko Kolejorz bywał tak przez niego traktowany. W innych miastach opinie na temat jego zaangażowania są podobne. W niedzielę na szczęście w niczym nie przeszkodził, ale i tak telewizyjni komentatorzy bardziej zachwycali się ładną grą Legii niż piłkarskimi walorami mistrza Polski.
Kibice Lecha mają swoje pięć minut. Niech się nimi nacieszą, skoro już pisana im jest huśtawka nastrojów. Nie tak dawno temu przeżywali traumę po rewanżowym meczu z Duńczykami, wstydzili się za błędy popełniane przez ich ulubieńców w następnych meczach. Teraz delektują się tym, co zrobili Legii, a co tak zgrabnie określił Frederiksen. Trener ma rację przypominając o sytuacji obu drużyn. Odbudowująca zespół Legia grała o wszystko. Miała mnóstwo czasu na staranne przygotowanie się. Lech natomiast mierzy się ostatnio z ekipami dużo od niej mocniejszymi. Do tego coraz większe spustoszenie czyni epidemia, która nawiedziła ten klub. Nie pierwszy raz w tym sezonie choroba dopadła Ishaka, poszedł w ślady Sayyadmanesha, Gumnego, Mońki, wcześniej na identyczne urazy cierpieli inni. Przydałaby się szczepionka na naderwanie mięśnia dwugłowego uda. Bez niej klubowy sztab medyczny jest bezradny.
To zadziwiające, że Lech słabo sobie radzi po dłuższym wypoczynku, z liczną kadrą zdrowych piłkarzy, a grając co kilka dni, mając kadrę na styk, bez zmienników na ważnych pozycjach i rosnące grono piłkarzy na L4, gra jak z nut. To nie znaczy, że tak będzie zawsze. Dziś jest pięknie, cieszymy się z kolejnego upokorzenia Legii. Obyśmy nie zmienili nastroju już w środę. Mecze pucharowe z rywalami z niższych lig to zawsze pułapka. Niektórzy w nią wpadają, dlatego tak liczne zespoły (w tym Legia) są już poza rozgrywkami. Lech przedmeczowe dni spędza na Podkarpaciu, nie gubiąc koncentracji, a taka mogłaby się zdarzyć po pięknym, choć deszczowym warszawskim wieczorze.
Mając tak szczupłą kadrę trener na rotacje sobie nie pozwoli. Znów muszą grać ci sami. Obrona jest nienaruszalna, wystąpią jedyni będący do dyspozycji. Można się tylko zastanawiać, którzy skrzydłowi zagrają tym razem od początku, a którzy będą zmiennikami. Napastnik też jest tylko jeden, a pożytek z niego jest tylko wtedy, gdy zostanie tak obsłużony przez kolegów, że spartolenie sytuacji byłoby mistrzostwem świata. Od dechy do dechy znów gra Kozubal, któremu jakoś to nie pomaga wrócić na ścieżkę rozwoju. Przed kolejnym, sobotnim, bardzo ciekawie zapowiadającym się meczem „przyjaźni” przeciwko Wiśle Kraków, będzie można o składzie powiedzieć dokładnie to samo.
W Lechu nic nie jest na zawsze. W każdej chwili karta może się odwrócić i to, co teraz czujemy, zamieni się w kolejną wielką smutę. Oby nastąpiło to jak najpóźniej, a już na pewno nie w tym tygodniu, bo chwilę jeszcze chcemy się cieszyć.



