Chcąc cokolwiek wywalczyć w meczu przeciwko klasowemu rywalowi, nie wystarczy powiedzieć, że przyjechało się po zwycięstwo. Trzeba jeszcze znaleźć sposób na zniwelowanie ogromnej różnicy w jakości, a przede wszystkim mieć przyzwoitą obronę i dobrego bramkarza, nie popełniać seryjnie błędów ułatwiających rywalowi zwycięstwo. Lech nie miał w Lizbonie nic do powiedzenia. W pierwszej połowie grał fatalnie, już po kilku minutach przegrywał na własne życzenie. Miał dobre momenty w drugiej, gdy wykorzystał błąd obrony, ale wraca z niczym. Benfica nie musiała się wysilać, by wykorzystać swe atuty.
Kilka lat temu Lech grał na tym stadionie, ale pustym z powodu pandemii. Ówczesny trener Dariusz Żuraw wystawił skład rezerwowy, by najlepsi piłkarze nie zmęczyli się przed spotkaniem z Podbeskidziem, a punkty w lidze uciekały. Teraz nikt z niepokojem nie czekał na skład Kolejorza, bo przez urazy mięśniowe trener wyboru dużego nie miał. Co najgorsze, brakuje mu jakiegokolwiek ruchu w obronie. Lech zagrał w składzie niemal identycznym jak w lidze. W dodatku kulejąc boisko opuścił Rodruguez, więc będzie jeszcze gorzej.
Jak zwykle bardzo nerwowo zaczął ten mecz Lech, od niecelnych podań, nieporozumień. I jak zwykle szybko stracił bramkę, bo znów nie popisała się obrona, słabość wyszła też z Lisa. To przez słabości w defensywie Lech jest tak bezradny w Lidze Europie. Zaczęło się od zgubienia piłki przez Agnero piłki w środku boiska. W lidze niczym by to nie groziło. Benfica natomiast wykonała kilka podań, dziurawa obrona Lecha pogubiła się, Lis nie utrzymał piłki odbitej od Skrzypczaka i po dotknięciu Silvy wturlała się ona do bramki.
Ujawniła się dramatyczna różnica w umiejętnościach między takimi ludźmi, jak Agnero i Hakans, do których kierowane były długie podania, a ich rywalami. Grająca w rezerwowym składzie Benfica panowała na boisku. Nieliczne próby ofensywne Lecha szybko paliły na panewce po przegranych pojedynkach lub niecelnych, czasami wręcz bezmyślnych podaniach i prostych błędach. W niemal każdej akcji uwidaczniał się brak pewności siebie piłkarzy z Lecha, sprawiali wrażenie zawstydzonych własną bezradnością. Grał w zupełnie innym tempie niż rywal. Można było odnieść wrażenie, że klasowy zespół oszczędza słabego przeciwnika, bo przed przerwą padła tylko jedna bramka.
Dominacja Benfiki była niekwestionowana. Lech nie grał zespołowo, ujawniał się brak komunikacji między graczami, a ze słabymi indywidualnymi umiejętnościami nic zdziałać nie mógł, to nie ten poziom. Piłkarze błyszczący w ekstraklasie byli ogrywani jak dzieci i totalnie bezradni. Po kwadransie drugiej połowy, gdy wynik się nie zmieniał, portugalski trener wprowadził do gry czołowych swych graczy. I akurat wtedy Lech przeprowadził pierwszą w meczu groźną akcję. Po błędzie obrońcy Palma podał do Rodrigueza, ten do Walemarka, który celnie uderzył głową, bramkarz z trudem odbił piłkę.
Chwilę później czołowy strzelec Benfiki, w tym meczu rezerwowy, młody, filigranowy Argentyńczyk Prestianni przeprowadził szybką akcję lewym skrzydłem, ośmieszył nie potrafiącego bronić Pereirę i z ostrego kąta bez większego wysiłku pokonał Lisa. Drugą złą wiadomością była kontuzja Rodrigueza. Nie mięśniowa tym razem, Hiszpan zszedł z boiska kulejąc po skręceniu nogi w kostce. I wreszcie przyszła dobra wiadomość – tym razem Benfica zagrała we własnym polu karnym w stylu Lecha. Piłkę przejął rezerwowy Bengtsson i umieścił ją w bramce.
Lech zaczął grać trochę odważniej, częściej pojawiał się z piłką na portugalskiej połowie, a nawet w polu karnym. Oddał nawet kilka strzałów, niestety niegroźnych. Wyglądało to tak, jakby chociaż na koniec chciał zostawić trochę lepsze wrażenie. Doszło nawet do tego, że kibice Benfiki zaczęli gwizdać na swych piłkarzy, niezadowoleni z przebiegu wydarzeń. Po chwili jednak wiwatowali, bo gospodarze zdobyli trzecią bramkę po szybkim ataku, biernej postawie defensywy. Wydawało się, że Lis ma piłkę w zasięgu, piłka nie była kierowana przy słupku. Lech przegrał, bo na brak planu na mecz nałożyły się indywidualne błędy. Dużo błędów.



