Beniaminek z Krakowa dzielnie walczył w Poznaniu, pokazał wiele składnych akcji ofensywnych, prowadził otwartą grę, nie zdziałał jednak niczego. Nawet jeżeli Lech jest trochę słabszy, ma kłopoty z płynnością gry, a zwłaszcza ze skutecznością i solidnością w obronie, to jakości wystarcza mu, by strzelić kilka goli i umocnić się na pozycji lidera. Do przerwy gole nie padały, mimo tworzonych przez gospodarzy „setek”, ale potem było dużo ciekawiej. Po atrakcyjnym, widowiskowym, otwartym meczu Lech pokonał Wisłę Kraków 3:1.
Nie ulegało wątpliwości, że Wisła nie przyjedzie do Poznania bronić się, szukać kontrataków i stałych fragmentów, bo ta drużyna tak nie gra. U siebie wygrywa wszystko, na wyjazdach trzy razy zremisowała, a porażka w Poznaniu była jej czwartą w tym sezonie. Już pierwsze akcje pokazały nastawienie gości. Toczyli z mistrzem Polski walkę jak równy z równym, nie rezygnowali z żadnej okazji do ataku. Budowali akcje składniej niż Lech, któremu momentami przeszkadzała piłka, a przede wszystkim sfatygowane boisko. Jednak Wisła przed przerwą nie oddała żadnego celnego strzału, za to Kolejorz, kiedy już udało mu się wykorzystać trochę przestrzeni, tworzył zagrożenie raz za razem.
Sam Walemark mógł schodzić na przerwę z hat trickiem. Wyraźnie nie miał szczęścia, trafił bowiem z dystansu w słupek, kilka jego mocnych uderzeń zostało zablokowanych, nie wykorzystał sytuacji sam na sam, bo nie miał piłki na swej lepszej nodze. Wyglądało to tak, jakby Lech pozwalał gościom się wyszumieć, a kiedy uznał, że czas trochę popracować, przyspieszał i tworzył okazję za okazją. Mecz był wyrównany, choć to tylko gospodarze tworzyli prawdziwe zagrożenie i celnie strzelali. Można było podziwiać umiejętności Rodrigueza kręcącego przeciwnikami i posyłającego mierzone podania i zżymać się nad stratami i brakiem wyczucia Kozubala.
Na początku drugiej połowy sytuacja zupełnie się zmieniła – padał gol za golem. Już na początku dały o sobie znać umiejętności Bengtssona. Miał piłkę na lewej stronie boiska, naciskany przez rywala przeniósł się z nią na drugie skrzydło i po rozegraniu posłał precyzyjne prostopadłe podanie do Kozubala. Młody gracz nie grał dobrego meczu, teraz jednak wykazał się umiejętnościami – strzelił tak, jak powinien, obok bramkarza. 36-tysięczna publiczność wciąż wiwatowała, gdy padło wyrównanie, przy biernej postawie defensorów, a zwłaszcza Skrzypczaka, który nie pofatygował się z interwencją, stał na polu karnym przyglądając się graczowi Wisły, który bez zamienia dośrodkowanie na celny strzał głową. Przed tym golem można się było obronić, ale defensorzy Lecha nijak nie potrafili wybić piłki sprzed własnej bramki, a potem stali jak wmurowani.
Trzeba było się starać o odzyskanie prowadzenia, ale Lech nie potrzebował na to długiego czasu. Agnero wywalczył piłkę w rogu boiska, podał Rodriguezowi, który zaliczył kolejną asystę – znalazł Walemarka, a Szwed strzelił do siatki celnie, tuż przy słupku. Wisła znów rzuciła się do odrabiania straty i kilka razy zagroziła Lechowi, który miał problemy z wydostaniem się spod pressingu. Znów Lis nie wybijał piłki spod bramki, lecz wywalał ją byle gdzie. Gdy defensywa jest słaba, trzeba postawić na ofensywę. Przytomnością umysłu wykazał się Murawski dostrzegając po lewej stronie boiska Agnero, a ten tym razem zadziwił dobrym przyjęciem piłki i skutecznym strzałem, rehabilitując się przynajmniej częściowo po meczu pucharowym w Tarnobrzegu.
Wydawało się, że wszystko jest rozstrzygnięte i Wisła już się nie otrząśnie, ale ona walczyła dalej i była bliska złapania kontaktu. Kozubal sfaulował oddającego strzał Wiślak, choć można było mieć wątpliwości, czy biorący zamach przeciwnik sam się na niego nie nadział. Sędzia obejrzał powtórkę i wskazał rzut karny. Aż do tego momentu boisko nie pomagało Lechowi. Teraz czołowemu strzelec Wisły Angel Rodado jedenastki nie wykorzystał, przenosząc piłkę nad poprzeczką, prawdopodobnie za sprawą nierównej murawy.
Wisła potem nacierała wciąż mając nadzieję na powrót do meczu, a Lech partaczył kolejne kontry. Miał mimo tego więcej okazji bramkowych niż ambitnie i umiejętnie nacierający goście.



