Analiza: Na co stać Lecha w tym sezonie?

To miało wyglądać zupełnie inaczej. Wzmocniony personalnie, korzystający z wysokiego współczynnika klubowego UEFA, a więc rozstawiany w kolejnych rundach eliminacyjnych Ligi Europy Lech miał grać w niej długo, być może nawet do wiosny i zarabiać pieniądze, a przy tym łatwo radzić sobie w lidze. Tymczasem osłabiona kontuzjami, pokazująca katastrofalny futbol drużyna dała się ograć litewskiemu kopciuszkowi, straciła mnóstwo punktów w lidze. Czy obecnego Lecha stać na sukcesy, czy też skazany jest na rolę ligowego średniaka?

Nadzieje były duże. Tym razem o wzmocnieniach drużyny nie tylko się rozmawiało i czekało na lepsze czasy. Już w maju zaklepany został kontrakt z Barrym Douglasem, potem do Lecha dołączył Szymon Pawłowski, kolejne transfery wydawały się być „w drodze”, kontuzjowani lub przechodzący rehabilitację po zabiegach piłkarze mieli być do dyspozycji trenera już podczas obozu przygotowawczego w Opalenicy. Marzenie trenera Rumaka o 23-24 zawodnikach gotowych w każdej chwili wejść do podstawowej jedenastki miało się wreszcie spełnić.

 

Już nie to zdrowie

Lawina kontuzji, która spadła na zespół Lecha akurat w okresie przygotowawczym długo jeszcze będzie przedmiotem spekulacji, analiz, prób wytłumaczenia. Rzadko się przecież zdarza, by tak wielu zawodników niemal równocześnie wyłączyło się z treningów, z różnych zresztą przyczyn zdrowotnych. Barry Douglas trafił do Lecha w pełni sił, szybko jednak nabawił się poważnego urazu mięśnia. Borykał się z nim miesiącami. Szymon Pawłowski przyszedł na Bułgarską w trakcie leczenia kontuzji. Długo można byłoby wymieniać nazwiska innych chorych piłkarzy i opisywać ich dolegliwości. Mimo tego gra w pierwszych sparingach mogła się podobać, nadal zachwycał rozpędzony Gergo Lovrencsics.

Sparingi rządzą się własnymi prawami i rzadko dają pełną odpowiedź na pytanie o formę i klasę drużyny. Gergo błyszczał, za to Vojo Ubiparip grał tak, jak dotychczas. Oglądający jego straty piłek, niecelne podania, przegrane pojedynki widzowie byli przekonani, że ten gracz znów nie wykorzysta szansy. Kiedy jednak sezon się już zaczął, Gergo się zagubił, a Vojo wyrósł na głównego napastnika Lecha. Nie wiemy, czy to efekt właściwych przygotowań, czy też braku konkurencji w ofensywie i siły psychicznej. Nie brakuje takich, co twierdzą, że serbski napastnik wcale nie pokazał nadzwyczajnej formy, po prostu wychodziło mu wreszcie to, z czym wcześniej miał problemy. Ostatnie mecze w jego wykonaniu to już powrót do przeciętności. Gdybyśmy oglądali dobrą grę Serba w długim czasie mielibyśmy prawo twierdzić, że ten zawodnik wreszcie pokazuje dużą klasę.

 

Odzyskają formę?

Łukasz Teodorczyk wiosnę miał słabą, jesień stała się dla niego szansą na udowodnienie, że warto go było sprowadzić z Polonii Warszawa. Kilka razy zagrał dobrze, kilka razy nieźle, ale większość jego występów była kiepska. W Polonii grało się prostą, nieskomplikowaną piłkę, wystarczyło wykorzystać trochę wolnej przestrzeni i siłę fizyczną, no i można było liczyć na współpracę z Pawłem Wszołkiem. Ciało i umysł człowieka pełne są tajemnic. Nikt nie przewidzi, czy ten gracz, bardzo zresztą ambitny, chcący się pokazać, „odpali” wreszcie, czy też ludzie odpowiadający w Lechu za sprowadzanie piłkarzy będą musieli przyznać się do pomyłki.

Wyraźną zniżkę formy pokazuje Kasper Hamalainen. Twierdzi, że to skutek alergii. Jesienią będzie miał okazję tego dowieść i zagrać co najmniej tak dobrze, jak w rundzie wiosennej. Zawodnik ten został przesunięty na pozycję defensywnego pomocnika i nie wydaje się, by miał ją opuścić przed powrotem na boisko „Murasia”. Finowi łatwiej byłoby pokazać klasę, gdyby grał za napastnikiem, jako „dziesiątka”. Trener chce mieć w środku pola gracza z dużymi możliwościami, z wysoką jakością, z umiejętnością wyprowadzenia piłki do ataku.

Na postawę drużyny wpływ ma tajemnicza osobowość Gergo Lovrencsicsa. Po marnej jesieni spisany już na straty Węgier pokazał dużą klasę, decydował o sile ofensywnej Lecha. Panowała opinia, że zmobilizował się i zabrał do roboty, bo groził mu szybki powrót do ojczyzny. Jest jeszcze druga, mniej dla klubu optymistyczna wersja. Gergo grał dobrze i wszystko mu wychodziło, gdyż na nic już nie liczył, pogodził się z zakończeniem przygody w Poznaniu. Teraz, kiedy bardzo chce błysnąć, nie idzie mu, pogłębiająca się frustracja każe mu szukać winy u innych, ale nie u siebie. Oby się szybko odnalazł, wytrzymał presję. Innych skrzydłowych Lech nie ma.

 

Jakość? Jaka jakość?!

I Teodorczykowi, i innym ofensywnym graczom łatwiej byłoby strzelać bramki, gdyby mieli wokół siebie graczy potrafiący swobodnie operować piłką, kreować grę. Takich, jak Szymon Pawłowski, który swoje wysokie możliwości dopiero nam pokaże. Jak Rafał Murawski, jak Kebba Ceesay, który wróci do gry najpóźniej z kontuzjowanych zawodników. Albo jak świetnie czujący się w grze kombinacyjnej Karol Linetty. No i jak Daylon Claasen, z którym mamy prawo wiązać duże nadzieje. Kto liczył na efektowną, kombinacyjną grę drużyny z Ubiparipem, Możdżeniem, Arboledą, Lovrencsicsem i Drewniakiem lub Drygasem w składzie, ten musiał się rozczarować. Z niezłym technicznie Szymonem Drewniakiem możemy wiązać w tej dziedzinie nadzieje. Pozostali mają inne walory. Nie należy do nich szybkie opanowanie piłki i równie szybkie, niekonwencjonalne jej zagranie. Kiedy wymieniają podania, męczymy się oglądaniem parodii tiki-taki. Szczególnie boleśnie wyglądało to w Wilnie.

Z rozmów i nieoficjalnych wypowiedzi pracowników Lecha można „wyczytać”, że systemy Amisco i ProZone, służące do analizy gry, nie wskazują na słabe przygotowanie szybkościowe zespołu ani na rekordową liczbę nieudanych zagrań. Piłka nigdy jednak nie będzie krążyć po boisku szybko, gdy zawodnik potrzebuje długiego czasu na jej opanowanie i zaadresowanie. Stąd bierze się wrażenie gry ślamazarnej. U progu sezonu Lechowi zabrakło graczy gwarantujących dużą jakość. W niczym nie przypominał groźnej, potrafiącej przyspieszyć drużyny. Trener, który chciał pokazać, że jego zespół stać na ciekawy, ładny dla oka atak pozycyjny, szybko z tego zrezygnował. Nie miał wykonawców. Trzeba było szukać łatwiejszych rozwiązań.

 

Podcięte skrzydła

Trudno wyobrazić sobie drużynę pozbawioną bocznych obrońców. Lech musiał sobie radzić bez Ceesaya, Kędziora rozegrał tylko kilka spotkań, Luis Henriquez początkowo nie grał wcale i nie przeszedł przygotowań z drużyną. Douglas przygotowania te zaczął, ale ich nie skończył, a miał pełnić ważną rolę w zespole – wzmocnić siłę ofensywną Lecha z lewej strony boiska. To nie jest normalna sytuacja. Wszystkie ruchy trenera można w tej sytuacji nazwać ratowaniem sytuacji, łataniem dziur, żonglowaniem zawodnikami specjalizującymi się w grze na innych pozycjach. To nie mogło się udać. Lech dużo stracił na wartości.

Trener zapowiadał atakowanie skrzydłami. Nie potrzebował takich zawodników, jak Kuba Wilk. Chciał mieć szybszych. Typowych skrzydłowych. Takich, jak Lovrencsicvs, ale ten z wiosny. Potrzebował takiego samego gracza na drugą stronę boiska, w miejsce Aleksandara Tonewa. Rzadko się zdarzało, by obaj byli w formie równocześnie, ale trener mógł liczyć na przynajmniej jednego z nich. Latem Lech nie sprowadził jednak nikogo takiego. Można domniemywać, że gdyby nie klęska z Żalgirisem, do Poznania trafiłby klasyczny skrzydłowy potrafiący grać lewą nogą. Trzeba jednak było sięgnąć po rozwiązanie tańsze.

Lech ma teraz nie skrzydłowych, ale tak zwanych półskrzydłowych. Zawodników nominalnie wystawianych z boku boiska, ale często schodzących do środka, rozgrywających tam piłkę i oddających strzały, takich jak Szymon Pawłowski i Daylon Claasen. Całe szczęście, że to zawodnicy kreatywni, z dużą kulturą gry. Rolę klasycznych skrzydłowych muszą w takim systemie pełnić boczni obrońcy. Nie pozostaje nic innego, jak na nich poczekać. Kebba nieprędko wróci do gry, ale lada chwila dysponowany będzie Kędziora. W meczu z Zawiszą świetnie z funkcji prawego obrońcy wywiązał się Hubert Wołąkiewicz. Dzięki niemu udało się przeprowadzić takie akcje oskrzydlające, nad jakimi Lech od dawna pracuje na treningach i jakie mogą być jego wizytówką – o ile będzie miał właściwych wykonawców.

 

Niewykorzystane możliwości

Skoro o Hubercie Wołąkiewiczu mowa, to warto zwrócić uwagę, że jest to obecnie jeden z nielicznych zawodników Lecha potrafiących precyzyjnie podać na dłuższą odległość, dobrze egzekwować rzuty wolne i rożne. Rzadko się zdarza, by środkowy obrońca podawał piłkę z rogu boiska. To dowód słabości Lecha. W klasowym zespole musi być co najmniej jeden zawodnik specjalizujący się w uderzeniu ze stojącej piłki. Po odejściu Stilicia Lechowi kogoś takiego brakuje. Bramek po rzutach rożnych prawie nie zdobywa, w przeciwieństwie do innych drużyn. W meczu z Zawiszą oba gole dla gości padły po stałych fragmentach. Lech zdobywał je po szybkich atakach skrzydłem (tylko jednym) i dośrodkowaniach.

Wiele można zyskać, gry nie notuje się w środku pola wielu strat, nie pozbywa się piłki byle jakim zagraniem. Trudno ocenić gołym okiem, czy w pierwszych meczach nowego sezonu Lech popełnił w tej części boiska więcej błędów niż dotychczas, ale takie wrażenie można było odnieść. Nie wiadomo, czy to efekt gorszego przygotowania do sezonu i słabszej formy, zwykłego niechlujstwa, czy niewłaściwego zaangażowania się w grę. Piłkarze Lecha przegrywali bezpośrednie pojedynki nawet w zwycięskim meczu w Niecieczy, w pierwszej połowie przegranego spotkania w Krakowie, a nawet w Wilnie. Byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie Łukasz Trałka. To jeden z nielicznych zawodników, o których można powiedzieć, że w ostatnich miesiącach zrobili postępy w grze, indywidualnej i zespołowej. Jemu też zdarzają się straty piłki, ale bronią go żelazne zdrowie, umiejętność zagrania kluczowej piłki, spostrzegawczość, czyli tak zwany przegląd pola.

O jakości gry decydują indywidualności. W polskiej lidze za gracza klasowego uchodzi zawodnik potrafiący wygrać główkowy pojedynek z przeciwnikiem i celnie oddać piłkę koledze. Kiedy do powietrznego starcia wyskakuje piłkarz Lecha, to tylko po to, by piłkę odbić przed rywalem. O celnym jej zagraniu w ogólne nie myśli. Tak polscy gracze są szkoleni, takich mamy ligowców, dlatego tak jałowa jest gra naszych drużyn. Przykre, że dotyczy to także Lecha. Oby zawodnicy szkoleni w Lechowej akademii czerpali z lepszych wzorców.

 

Będzie lepiej?

Nasza liga jest słaba, w Polsce nie ma drużyn potrafiących swobodnie ograć zespół średniej klasy. Gdy każdy pokonuje każdego, słowo „sensacja” nigdy nie będzie miało właściwego znaczenia. Wystarczy mądra taktyka i trochę szczęścia, by seriami wygrywać na wyjeździe uzyskując wynik trochę ponad stan – jak Lech w ubiegłym sezonie. Początek nowego sezonu przekonuje, że to nie musi się powtórzyć.

Karol Linetty, Barry Douglas, Daylon Claasen, Szymon Pawłowski, Kasper Hamalainen, Hubert Wołąkiewicz, Łukasz Trałka, Marcin Kamiński – tacy zawodnicy potrafią przesądzić o obliczu drużyny. Każdy z nich to zawodnik klasowy, kreatywny, z umiejętnością swobodnego operowania piłką. Oby trener miał ich wszystkich zawsze do dyspozycji, bo decydują o wartości Lecha. Wierzmy też, że Bartek Ślusarski wrócić do formy z wiosny, a Łukasz Teodorczyk spełni własne nadzieje. Wtedy Lech będzie drużyną silną.

Przed nami wiele zagadek. Jakim zawodnikiem okaże się odkurzony Dima Injac? Czy Manuel Arboleda da radę choćby zbliżyć się do klasy, jaką nas kiedyś zachwycał? Jak rozwiną się zawodnicy młodzi, ale o wielkich możliwościach, tacy jak Tomek Kędziora, Szymon Drewniak? Czy Mateusz Możdżeń dowiedzie, że ma większe atuty niż pamięć o bramce strzelonej Manchesterowi City i że potrafi jeszcze wyspecjalizować się w grze na określonej pozycji? Czy Vojo Ubiparip utrzyma dobrą formę dłużej i strzeli przynajmniej 10 bramek w tym sezonie?

To nie wszystkie pytania, jakie sobie zadajemy niespełna dwa miesiące po rozpoczęciu sezonu. Jest ich więcej niż odpowiedzi. Pozostaje więc tylko nadzieja.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli