Nicki Bille Nielsen grał dotychczas w jedenastu klubach z Danii, Włoch, Hiszpanii, Norwegii. Nigdzie długo miejsca nie zagrzał, wszędzie zasłynął nie tylko ze zdobywania bramek (choć wcale nie było ich bardzo dużo), ale z kontrowersyjnego zachowania na boisku i poza nim. Podrzeć na sobie koszulkę w dowód protestu po decyzji sędziego, pobiec po strzelonym golu w kierunku publiczności, by napić się przejętego od kibica piwa – to dla Nielsena „normalka”, takie obrazki znajdziemy w Internecie, podobnie jak informacje o bójkach w knajpach.
Sprowadzając piłkarza tak ekscentrycznego, że Sławek Peszko to przy nim wzór zrównoważenia i wstrzemięźliwości, zarząd Lecha wziął na siebie spore ryzyko. Być może w innej sytuacji nie podejmowałby tej decyzji, ale jest zdeterminowany, by sprowadzić wreszcie napastnika, bo sytuacja kadrowa drużyny stała się dramatyczna. Duńskie media piszą bez ogródek, że Nielsen i jego manager wyspecjalizowali się w zawieraniu krótkoterminowych, korzystnych finansowo kontraktów, by szybko potem szukać szczęścia w kolejnych klubach. Informują także, że napastnik osiągnąłby znacznie więcej, gdyby jego rozwój umysłowy nadążał za piłkarskim.
Wiele zależy od trenera. Być może Janowi Urbanowi uda się poskromić pierwszego Duńczyka w barwach Lecha, zachęcić go do koncentrowania się na trenowaniu i graniu. W ubiegłym sezonie wydawało się, że zaangażowanie Sadajewa jest poważnym błędem, potem jednak Maciej Skorża potrafił z tego piłkarza wydobyć wszystko, co wartościowe, a latem powrót Czeczena do ojczyzny uznany został za dużą stratę dla Lecha. Nielsen też ma szansę zostać ulubieńcem kibiców, którzy kochają piłkarzy niesfornych, ale oddających drużynie serce.



