Pech pokrzyżował plany Lecha

Dużo dobrej piłki ale i mnóstwo nieudanych zagrań pokazał Lech w Warszawie na pożegnanie sezonu. Wiele musi w swej grze poprawić, by wygrywać z Legią, z pewnością jednak nie ma wpływu na sędziów. Japoński arbiter dyktując kontrowersyjnego karnego na początku drugiej połowy, postawił Lecha w trudnej sytuacji. Na nic zdało się totalne zdominowanie Legii.

W Warszawie panował radosny nastrój, ale piłkarze Lecha pojechali po to, by to święto popsuć. Wcale nie było to niemożliwe, mimo iż Legia próbowała zdominować Lecha, opanować środek boiska, wyprowadzać ataki. Grała twardo, czasami złośliwie, a faule bez piłki popełniane przez Vrdoliaka i Astiza to materiał do oceny przez komisję ligi. W pierwszej połowie częściej była przy piłce, próbowała strzelać, ale to Lech oddał trzykrotnie więcej celnych uderzeń. Co by to było, gdyby nie niecelne podania w kluczowych momentach, złe decyzje, łatwe straty piłki… Wróciły więc stare błędy z wyjazdów, a druga połowa była bliźniaczo podobna do tej z marca, gdy Lech gościł przy Łazienkowskiej po raz ostatni i próbował gonić wynik.

Legii w meczach z Lechem, a szczególnie w tym kończącym sezon dopisywało nieprawdopodobne szczęście. Nie straciła bramki w pierwszej połowie, co zawdzięcza dobremu ustawianiu się w bramce Kuciaka i złym uderzeniom Teodorczyka, Pawłowskiego, Hamalainena. Jeszcze większe szczęście uśmiechnęło się do gospodarzy tuż po wznowieniu gry po przerwie. Pan Tojo z Kraju Kwitnącej Wiśni chciał widać sprawić prezent warszawskiej publiczności, bo podyktował rzut karny po ręce zupełnie przypadkowej, nabitej, nie mającej wpływu na przebieg akcji. Legia objęła w ten sposób prowadzenie.

Pozostała część meczu należała do Kolejorza. Atakował prawie bez przerwy, a Legia się broniła. Osiągnął znaczną przewagę, w kilku momentach gol wisiał na włosku. Nieskuteczność była porażająca. Jeszcze gorsze były dokonywane wybory. Gdy się prosiło o rozegranie piłki, padał szybki strzał. Gdy droga do bramki była otwarta, piłkarze Lecha koronkowo rozgrywali piłkę w polu karnym. Kilka razy wydawało się, że bramka musi już paść, ale publiczność mogła odetchnąć, bo piłka mijała bramkę, albo była wybijana w ostatniej chwili przez obrońców.

Spokój Legii zapewnili wspólnie Marcin Kamiński i Krzysztof Kotorowski. Zachowali się jak debiutanci, choć „Kamyk” mimo młodego wieku jest graczem doświadczonym, a „Kotor” gra w piłkę od ćwierćwiecza. Nie mogli się zdecydować, kto ma przejąć piłkę. Ostatecznie obaj stanęli, a taki brak zdecydowania to zachowanie karygodne. Próbując ratować sytuację Kotorowski opuścił posterunek, dał się ograć przy linii końcowej, Bereszyński strzelił do pustej bramki. Trudno o większe frajerstwo.

Lech nadal atakował, spychał Legię do obrony, ale ciągle nic z tego wynikało. Bramki zdobyć nie potrafił, Legia sama sobie strzelić nie chciała, więc wynik się nie zmienił.

Legia Warszawa – Lech Poznań 2:0 (0:0)

Bramki: 1:0 Vrdoljak (48-karny), 2:0 Bereszyński (85)

Widzów: 29.749

Sędzia: Minoru Tojo (Japonia)

Żółte kartki: Rzeźniczak, Jodłowiec – Kędziora, Linetty, Trałka

Legia: Dusan Kuciak – Bartosz Bereszyński, Jakub Rzeźniczak, Inaki Astiz, Tomasz Brzyski – Michał Żyro, Tomasz Jodłowiec, Ivica Vrdoljak, Michał Kucharczyk (68. Jakub Kosecki) – Ondrej Duda (75. Helio Pinto), Marek Saganowski (90. Orlando Sa)

Lech: Krzysztof Kotorowski – Tomasz Kędziora (46. Mateusz Możdżeń), Hubert Wołąkiewicz, Marcin Kamiński, Luis Henriquez – Łukasz Trałka, Karol Linetty – Gergo Lovrencsics (55. Daylon Claasen), Kasper Hamalainen (87. Dawid Kownacki), Szymon Pawłowski – Łukasz Teodorczyk.

Udostępnij:

Podobne

Za darmo punktów nie przyznają

Chyba jeszcze nigdy w historii na Lecha nie spłynęło tak wiele pochwał. Za dobre i konsekwentne zarządzanie klubem, za rozsądną politykę finansową, za wizjonerstwo, którego

Bez pomysłu, bez pewności siebie, bez goli

Nie tak miała wyglądać inauguracja rozgrywek ligowych przez mistrza Polski. Spłynęło na niego ostatnio mnóstwo pochwał, zaczął się jawić jako wschodząca potęga nie tylko krajowego

Przyjaźń? Byle nie na boisku

Na niczym Lech gorzej ostatnio nie wychodzi niż na tzw. meczach przyjaźni. W poprzednim sezonie przyszły mistrz Polski rozgrywał dwa takie dwumecze, a w każdym