Nie tylko w drużynie nastrój nie jest dobry. Dotyczy to całego klubu. Powodzenie w futbolu w dużym stopniu zależy od emocji, od optymizmu panującego wśród kibiców. Oni natomiast nie szturmują kas z biletami i wielkiej frekwencji na sobotnim meczu spodziewać się nie można. Byłoby inaczej, gdyby Lech wygrał w Szczecinie. Teraz nie pozostaje nic innego, jak próbować odzyskać zaufanie kibiców, wiarę w możliwości tej drużyny. Potwierdza się stara prawda: właściciel klubu, który marzy o sukcesie finansowym, musi najpierw zatroszczyć się o sportowy. Nie chcąc notować strat, musi inwestować w drużynę. To specyficzny biznes. Ima bardziej się oszczędza, tym więcej się traci.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności najbliższym przeciwnikiem Lecha jest drużyna, z którą wygrywa niemal zawsze, u siebie i w Gliwicach, najczęściej wysoko. To idealny przeciwnik, gdy chce się pokazać kibicom swoje umiejętności i dobre przygotowanie do sezonu. Jeżeli nie z Piastem, to z kim? Jeśli nie w najbliższą sobotę, to kiedy? – chciałoby się zapytać. Lech nie ma wyjścia. Limit rozczarowań został wypełniony, i to na kilka najbliższych sezonów. Kibice nie zniosą nowych upokorzeń. Potem zespół jedzie do Widzewa, który wygrywa rzadko. Kolejne dwa mecze rozegra na swoim stadionie. Jeżeli uda się wszystko wygrać, będzie można powiedzieć, że w Szczecinie Lech stracił twarz tylko na chwilę.
– Nie uda się szybko wyrzucić z głowy wspomnień ze Szczecina, bo to, co się stało, było niepotykane. To w nas będzie siedziało długo. Tego już nie zmienimy, więc nie ma co skupiać się analizie meczu z Pogonią. Wiemy, jakie błędy popełniliśmy. Atmosfera w drużynie jest zachwiana, ale odwrócić to możemy tylko na boisku. Pokażemy sportową złość, zrehabilitujemy się – zapowiada Łukasz Trałka.
– Kac po meczu w Szczecinie mija. Zrobiliśmy analizę. Pierwsza połowa w naszym wykonaniu była skandaliczna. Zastanawialiśmy się, jak to się mogło stać, bo w meczu ze Śląskiem wyglądaliśmy zupełnie inaczej. Mieliśmy to przełożyć na kolejny mecz, a dostaliśmy piątkę. Dwa razy oglądałem swoją piątkową grę. Przy wszystkich bramkach byłem o ułamek sekundy spóźniony, a Marcin Robak miał dzień konia, wszystko mu wpadało. Taki mecz się zdarza raz na milion. Nie wyobrażam sobie, bym mógł jeszcze kiedykolwiek zagrać w taki sposób – twierdzi Hubert Wołąkiewicz, który na rehabilitację poczeka dwa tygodnie. Ma nadmiar żółtych kartek.
Mariusz Rumak: – W połowie tygodnia nie mam jeszcze składu na kolejny mecz. Przygotowania trwają. Zmiany w składzie z pewnością nastąpią. Mam 20 piłkarzy zdolnych do gry. Tylko Hubert nie zagra w sobotę. Pozostali mają szansę wyjść na boisko. Pewne jest tylko to, że w ataku zagra ktoś z trójki – Teodorczyk, Kownacki, Formella. Zawsze będziemy szukali słabych i mocnych stron przeciwnika, ale pokażemy własną siłę. Po zimowych przygotowaniach i meczu ze Śląskiem wyglądała ona obiecująco.
Kiedy Lech w 1983 roku walczył o swój pierwszy mistrzowski tytuł pod wodzą trenera Wojciecha Łazarka, kilka kolejek przed końcem rozgrywek pojechał do Krakowa na mecz z Wisłą, drużyną środka tabeli. Kandydat na mistrza niespodziewanie poległ 0:6 i niemal wszyscy byli przekonani, że po takim blamażu drużyna już się nie podniesie. Udało się jednak wygrać kolejne cztery mecze i cieszyć się z mistrzostwa. Jak się okazało, w Krakowie Lech stracił tylko punkty. W najbliższych tygodniach przekonamy się, jakie straty poniósł w Szczecinie.
Józef Djaczenko



