Futbol jest przewrotny i zmienny jak pogoda w listopadzie. Potrafi cieszyć, ale i rozczarowywać. Na meczach Lecha nie widujemy ostatnio tłumów, bo wielu poczuło zawód i straciło wiarę. Nawet na Legię nie wszystkie bilety zostały sprzedane. W pierwszej połowie meczu z Górnikiem nie było na trybunach (z wyjątkiem tych zajmowanych przez gości) nikogo, kto żywiłby przyjazne uczucia wobec piłkarzy Lecha i sztabu szkoleniowego. I trudno się dziwić, bo oglądanie tak wielkiej dysproporcji w umiejętnościach swojej drużyny i obcej boli – szczególnie gdy ta obca składa się z graczy na dorobku albo tych niechcianych w miejscach, gdzie lepiej płacą i liczą na sukcesy. Na stadionie mało kto zastanawia się nad sensem wypowiadanych słów, nad ich konsekwencją. Tam się mówi, a raczej krzyczy, co się myśli, bardzo szybko i bardzo głośno. Jeżeli nawet losy meczu udaje się odwrócić i zwyciężyć, to i tak nieudolność z pierwszej połowy pozostaje w pamięci i długo jeszcze boli.
Wyobraźmy teraz sobie sytuację odwrotną. To Lech w pierwszej połowie jest siłą dominującą. Pokazuje Górnikowi, który klub ma większe możliwości – stabilną sytuację finansową, klasowych i dobrze opłacanych piłkarzy, kibiców wpadających w euforię po każdym zwycięstwie. Kolejorz gra z pełnym zaangażowaniem, na luzie, wychodzą mu piękne akcje, jedną z nich udaje mu się zamienić na gola, w powietrzu wiszą kolejne, bo przeciwnik nie potrafi dotrzymać pola. Druga połowa zaczyna się podobnie, Lech nadal dominuje, choć gra już z mniejszą werwą. Traci bramkę, w jego grę wkrada się nerwowość, a potem dostaje jeszcze dwa ciosy i wyraźnie przegrywa wygrany zdawałoby się mecz. Jaki los spotyka w tej sytuacji trenera? Śmiem twierdzić, że zostaje wygwizdany jeszcze bardziej, bo przecież jego zespół stracił pewne punkty, dał się ograć jak dziecko.
Wniosek z tego jest taki, że co ma wisieć, nie utonie. Trener i tak był w niedzielę na straconej pozycji, choć jako kibic wolę, by był wygwizdywany za zwycięstwa, a nie za porażki. Nie oceniam teraz sposobu prowadzenia przez niego drużyny, postawy podopiecznych Mariusza Rumaka, perspektyw na dalszą część sezonu. Biorę pod uwagę otoczkę, czyli to wszystko, co wpływa na atmosferę wokół klubu a jest nie do określenia, nie do przewidzenia, nie do zmierzenia. Społeczną przychylność jednego dnia się ma, innego dnia się ją traci. Można tylko mieć nadzieję, że jest ona do odzyskania, mimo iż zadra w sercu człowieka, który dużo złego wysłuchał na swój temat, pozostaje na długo. Wyniki drużyny mają na tę przychylność wpływ, ale nie tylko one.
W historii byliśmy już świadkami wielu dziwnych zjawisk, takich jak wielka miłość fanów Kolejorza do osoby Czesława Michniewicza, trenera wygrywającego lub przegrywającego, ale pracującego w bardzo trudnych warunkach, w klubie walczącym o przetrwanie. Temu człowiekowi było wolno o wiele więcej niż wszystkim innym trenerom przed nim i po nim. Czasy się zmieniły. Teraz kibice oczekują przede wszystkim sukcesów, tymczasem ich ulubieńcy najczęściej dostarczają im powodów do zgryzoty. Nerwy są napięte, cierpliwość się kończy. Trener Rumak z pewnością zdaje sobie z tego sprawę. Nie zazdroszczę mu tej świadomości. Wiem jednak, że jeżeli mu się powiedzie, będzie to oznaczać sukces mojego Lecha.
Józef Djaczenko



