Mecz w Gdańsku nie był w wykonaniu Lecha najpiękniejszym. Długo nie mógł sobie poradzić z zespołem bez porównania słabszym personalnie, z nastolatkami w składzie. Zachowanie rutyniarzy z Kolejorza cechował początkowo brak pewności siebie. Widać, że jest to drużyna po przejściach, którą łatwo zbić z pantałyku. Wystarczy mocno się jej przeciwstawić. Na szczęście tym razem, po raz pierwszy w sezonie, zespół nie poddał się po stracie bramki, szybko doszedł do siebie i z konsekwencją grał własny mecz, czekał na okazje do zdobycia goli wiedząc, że będzie ich sporo. To dobry prognostyk przed weekendem. Lech docenia własną klasę.
Skład Kolejorza ocenia się jako słabszy niż jeszcze kilka lat temu, gdy Stilić, Lewandowski, Peszko potrafili wygrać mecz właściwie w pojedynkę, a obrona z Bosackim i Arboledą stanowiła przeszkodę trudną do sforsowania. Z tego grona pozostał nam Arboleda, którego jednak trener nie chce wpuszczać na boisko nawet wtedy, gdy rozsypuje się defensywa. Będący w słabszej formie Arboleda i tak jest lepszy od większości ligowych obrońców, a Kebba Ceesay to bez porównania lepszy boczny defensor niż Mateusz Możdżeń. Trener Lecha postąpił tak, jakby chciał powiedzieć: każdy wariant jest lepszy od tego z Arboledą.
Mariusz Rumak zaryzykował, ale wynik go obronił. Gorzej by było, gdyby Możdżeń gubił się w obronie, jak mu się już zdarzało, a Ceesay popełnił poważny błąd lub sprokurował w decydującym momencie rzut karny, co też miało już miejsce. Wtedy nie Możdżenia i nie Ceesaya, ale trenera okrzyknięto by winowajcą, bo źle zestawił drużynę. Obecni na boisku piłkarze obronili jego koncepcję. A co z Arboledą? Albo trener wie o jego obecnej formie to, czego nie widzi przeciętny obserwator, albo daje sygnał, że nie chce już z usług Kolumbijczyka korzystać. Zimą i tak może on podpisać kontrakt z nowym pracodawcą. Najlepiej opłacanym piłkarzem w Poznaniu pozostanie najdłużej do czerwca.
W przeszłości trener Lecha nie raz nas zaskakiwał. Nie można więc wykluczyć, że „Maniek” wróci do łask, a nawet przedłuży kontrakt godząc się na gorsze niż do tej pory zarobki, bo lepszych i tak nie zaproponują mu nigdzie w Polsce. Przekonaliśmy się, że w sprawach personalnych w Lechu możliwa jest każda opcja, mimo iż od dawna nie ma tu człowieka z Barcelony. Kibice nie muszą się jednak obawiać osłabienia obrony. W składzie Lecha w nowej rundzie pojawi się fiński obrońca, o którym mówi się, że to wartościowy zawodnik. Trzeba też ogrywać młodzież, dać szansę Janowi Bednarkowi, bo im szybciej zostanie on graczem klasowym, tym lepiej dla niego i dla klubu.
Mecz w Gdańsku miał dwóch bohaterów. Łukasz Teodorczyk doszedł chyba do równowagi, rozmowy z trenerem i analiza własnych występów przydały się. Jeżeli w kolejnych meczach przestanie się zniechęcać chwilowymi niepowodzeniami, nieudanym akcjami, to zostanie czołowym strzelcem ligowym. Rafała Murawskiego, jak sam piłkarz twierdzi, trzeba traktować bardziej jako rekonwalescenta niż pewny punkt drużyny. Kiedy jednak wszedł w drugiej połowie na boisko pokazał, że piłkarskiej klasy nie gubi się nawet przez długi rozbrat z boiskiem. Uporządkował grę, pojawiał się tam, gdzie trzeba. Wybił piłkę z linii bramkowej, niewiele brakowało, by strzelił gola.
W tym sezonie przeżyliśmy tyle rozczarowań, że niełatwo robić sobie wielkie nadzieje na mecz z Legią. Po przyzwoitych meczach zawsze niespodziewanie przychodziły kiepskie występy. W Poznaniu mówi się, że nawet jesienna aura jest zjawiskiem bardziej trwałym niż forma piłkarzy Lecha. A jednak kibic to człowiek, który może się wielokrotnie sparzyć, ale i tak zawsze wierzy, że to się nie powtórzy. Nieudane przygotowania do sezonu, zdrowotne problemy połowy drużyny i koszmarna forma pozostałych to przeszłość. Teraz przyszedł czas na wzięcie odwetu na Legii, która wygrała dwa ostatnie mecze z Lechem.
Od wielu miesięcy (a może i lat?…) kibice Lecha nie oglądali meczu, po którym czuliby wielką dumę ze swojej drużyny. Nic nie trwa wiecznie. Życzymy Legii, by w czwartkowym meczu pucharowym dała z siebie wszystko, zostawiła na boisku całe swoje zdrowie. Kiedy z nią wygrać, jeżeli nie teraz, gdy czołowi piłkarze Lecha wracają do gry i czują się coraz pewniej, gdy trenera stać na zostawienie na ławce zawodników, którzy mieliby pewne miejsce w każdej polskiej drużynie, także w Legii. Nie mamy „Lewego”, Peszki, Stilicia, zapomnieliśmy o Rudniewie, ale żaden z naszych zawodników nie ma gwarancji, że jest niezastąpiony. Oni wiedzą, ile dla Poznania znaczy pokonanie warszawskiej drużyny i jak oceniany jest gracz, który nie da z siebie w takim meczu wszystkiego.
Józef Djaczenko



