Wszystko przez to, że Lech staje się bezradny, gdy przeciwnik zamyka się na własnej połowie, a odległość między jego formacjami nie przekracza kilku metrów. Gra przypomina wtedy klasyczne walenie głową w mur. Jak wiadomo, żadna głowa z takiej próby zwycięsko nie wyjdzie. Można tylko stracić trochę szarych komórek i nabawić się zawrotów. Kiedy więc na samym początku Widzew stracił jednego gracza, można było być pełnym najgorszych przeczuć. To, co działo się w polu karnym gości, trzeba określić wielkim skandalem. Gdyby nasi zawodnicy otrzymali polecenie markowania ataków, strzelania obok bramki, celowania wprost w bramkarza, nieopatrznie strzeliliby z pół tuzina goli. Nakazano im jednak zdobywanie goli, a to zadanie przerosło ich aktualne możliwości.
Znacznie większe szanse na wysokie zwycięstwo byłyby w sytuacji, gdyby Widzew grał w pełnym składzie i nastawił się na wywiezienie z Poznania punktów. Dwa lata temu, gdy łódzka drużyna „zamurowała się” paraliżując ofensywne poczynania Lecha, udało jej się wyprowadzić jedną kontrę i wygrać. Rok temu, gdy Widzew był mniej uważny w obronie i bardziej nastawiony na atakowanie, został wypunktowany po czterech golach strzelonych w drugiej połowie. Łodzianom wydawało się, że skoro udało im się przetrwać bez strat 45 minut, to Lech będzie zdenerwowanym, a więc łatwym przeciwnikiem. Wykazali odwagę i bardzo się rozczarowali.
Mecz z Widzewem to już historia. Kolejnym przeciwnikiem będzie Podbeskidzie. Jest mało prawdopodobne, by u siebie zagrało z wzmocnioną obroną. Raczej pójdzie do przodu, tak jak zrobiło to niedawno w Poznaniu, gdy zwycięstwo nad Lechem pozwoliło mu zachować szanse na pozostanie w ekstraklasie. Nie można wykluczyć, że trener Czesław Michniewicz, dobrze znający możliwości poznańskiej drużyny, a jeszcze lepiej mentalność poznaniaków, przygotuje taktyczną niespodziankę. Nie tylko dla niego nie jest tajemnicą, że największym przeciwnikiem piłkarzy Lecha potrafią być oni sami. Poradzą sobie z każdą polską drużyną, ale jeżeli coś się w ich grze zatnie, nie potrzebują dużej pomocy rywala, by ponieść porażkę. Załatwią się sami.
Trener Lecha zapowiada, że drużyna będzie grać coraz lepiej i niebawem pokaże, na co ją stać. Chciałbym mu wierzyć, zresztą aż tak wiele kibicom do szczęścia nie potrzeba. Wystarczyć wygrać w Bielsku-Białej, gdzie dobrze radzą sobie drużyny bez klasowych graczy w składzie, a po przerwie na reprezentację, gdy będzie trochę czasu na pracę z piłkarzami wracającymi do zdrowia, ale jeszcze nie do pełnej formy, zwyciężyć w dwóch kolejnych, ważnych spotkaniach. Najpierw w Gdańsku, gdzie Lechia nigdy się nie „muruje”. Potem u siebie, a tak się składa, że będziemy gościć Legię. Ta drużyna też nie skupi się na obronie. W najbliższych meczach Lech nie będzie musiał się męczyć konstruowaniem zawiłych akcji w ataku, a więc wszystko jest jeszcze możliwe. Kibice wierzą, że ciągle jest o co walczyć. Oby za ich przykładem poszli piłkarze.
Józef Djaczenko



