Jan Bednarek: Nie było czego się bać

Twój debiut wypadł w trudnym momencie, gdy drużynie nie idzie, traci bramki i przegrywa mecze. Nie miałeś obaw przed wyjściem na boisko?

– Nie bałem się. Miałem tylko jeden cel. Starałem się grać najlepiej, jak potrafię, pomóc drużynie. Mogę być z siebie zadowolony. Nie straciliśmy żadnej bramki, udało się wygrać i przywieźć do Poznania trzy punkty. Wierzyłem w ligowy debiut, ale nie mogłem się spodziewać, że nastąpi tak szybko.

Twoje zachowanie w pierwszych minutach było trochę nerwowe.

– To prawda, było trochę stresu, ale z minuty na minutę ten stres puszczał, czułem się coraz lepiej.

Pokazałeś się z dobrej strony. Można Ci zaufać jako obrońcy. Masz prawo liczyć, że trener częściej będzie Ci dawał szanse.

– Nie ode mnie to zależy. Robię, co mogę, by trener mi zaufał. Staram się na treningach pokazywać z jak najlepszej strony. Chciałbym dostawać od trenera kolejne szanse.

Jakie ten debiut miał dla Ciebie znaczenie?

– Ogromne. To było pierwsze spotkanie, jakie rozegrałem na tak wysokim szczeblu. To była naprawdę duża półka. Chciałem dobrze wypaść, ale najważniejsza była drużyna. Musiałem jej pomóc w odniesieniu zwycięstwa.

Nie masz sobie nic do zarzucenia? Pokazałeś wszystko, na co Cię stać?

– Starałem się pokazać wszystkie swoje możliwości. To jednak nie był szczyt moich możliwości. Potrafię znacznie więcej. Jestem przekonany, że jeżeli znów dostanę szansę, dam z siebie więcej.

Liczyłeś upływające minuty? Zauważyłeś, w którym momencie poczułeś się już zupełnie pewnie?

– Myślę, że nie było takiego momentu. W ekstraklasie gra się inaczej niż w trzeciej lidze. Musiałem się natychmiast przystosować do tego tempa gry, do dynamiki rozgrywania akcji. Nie było chwili na zastanowienie, trzeba było zachować pełną koncentrację. Właśnie to wysokie tempo gry od samego początku było najbardziej charakterystyczne, zapamiętam to na zawsze.

Starsi koledzy pomagali?

– Jasne. Najbardziej Hubert Wołąkiewicz. Dużo mi podpowiadał, udzielał rad. Mówił, jak się ustawić, kogo pilnować, kiedy wyjść do przodu. Wspierał mnie w trudnych chwilach, za co jestem mu bardzo wdzięczny.

Za plecami miałeś drugiego debiutanta, Macieja Gostomskiego. Znacie się z drużyny rezerw, jesteście zgrani. To pomogło?

– Tak, z Maćkiem znamy się bardzo dobrze. Mamy dobrą komunikację, współpraca dobrze nam się układa.

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli