W meczu z Piastem nastąpił przełom. Trener dał szansę 17-letniemu Janowi Bednarkowi, pozwolił odpocząć „Kotorowi”.
– I efekt przyszedł natychmiast. To właściwy kierunek. Nie po to szkoli się młodzież, by szukała klubu, w którym będzie okazja zadebiutować w dorosłej piłce.
Ilu zawodników jednocześnie leczyło kontuzje w dawnym Lechu?
– Nigdy się straciliśmy aż pół drużyny, bo to się po prostu nie zdarza. Można było mówić o katastrofie, gdy wypadało nam trzech, czy czterech graczy. I to nie były takie urazy, jak u Douglasa, który naciągnął mięsień, bo wrzucał piłki pod bramkę. Widać nigdy tego wcześniej nie robił, skoro od tego nabawił się kontuzji. To tak, jakbym ja zapisał się do Strongmana i próbował podnosić wielkie, ciężkie kule. Też by mi „strzeliły” mięśnie, których nigdy nie używam. Albo więc ten Szkot nigdy nie grał w piłkę, albo ktoś nam w sprawie tych jego urazów wciska kit.
Wiele urazów piłkarzy Lecha powstało w sposób mechaniczny.
– Jeżeli ktoś podczas meczu doznaje kontuzji, bo przeciwnik szarżuje nakładką, albo kopie w Achillesa, czy łokciem uderza w nos, to wiadomo, sprawa jasna. To się zdarza w każdej drużynie. Ale kiedy czytam, że piłkarz Lecha coś naciągnął, coś go zakłuło, to znaczy, że ktoś boi się odpowiedzialności, albo – niestety! – trzeba zmienić klinikę, poszukać lepszych specjalistów. Inna sprawa, że jakiś fachowiec ustalał chyba stopień obciążeń podczas treningu. W innych zespołach też chłopaki dużo biegają, ale tam nikt nie słyszał, by mięśnie tak wielu z nich tego nie wytrzymały. Co się dzieje np. z Rafałem Murawskim? Myślę, że on sam nie wie! Teraz, kiedy brakuje lidera drużyny, kogoś, kto gra już tutaj kilka dobrych lat i ma coś do powiedzenia w zespole, możemy Rafała spotkać na trybunie i zrobić sobie z nim zdjęcie. Nic więcej.
W dawnym, biednym Lechu chciało grać wielu piłkarzy. Zdawali sobie sprawę, że nigdzie się lepiej nie wypromują.
Z tym biednym Lechem nie do końca się zgodzę, bo wszyscy piłkarze wcześniej czy później (niestety raczej później) swoje wynagrodzenia otrzymali. Może wyglądało to ubogo, za to pod względem sportowym było o klasę lepiej. Wielu zawodników chciało u nas grać, bo jak to często padało nie tylko z naszych ust: „ panowie! My jesteśmy k…a LECH Poznań!!!”. Szukaliśmy ludzi z nazwiskami. Takich, którzy chcą jeszcze zaistnieć w piłce. I którzy wiedzą, że skauci z krajów europejskich nie pokazują się w klubach prowincjonalnych, z zasobnymi budżetami, lecz tam, gdzie łatwo dojechać, bo blisko jest lotnisko, a do Warszawy trzy godziny pociągiem. Nie wszyscy jednak piłkarze przychodzili tyko po to, by zaistnieć w medialnym klubie, pokazać się. Szukaliśmy takich, którzy potrafią grać, a nie tylko mają nazwisko. Tomek Iwan nie odcinał kuponów od kariery, coś ciekawego pokazać potrafił, przynajmniej dopóki miał zdrowie. Nie wspominam już o Piotrze Świerczewskim, o powrocie do Lecha Piotra Reissa czy „Bosego”. Ten ostatni grał w stabilnym finansowo klubie, jakim była Amica, ale ciągnęło go do Poznania, do Lecha. Potem chciał do Lecha wrócić z Bundesligi. Wiedział, że tu jest u siebie.
Tacy zawodnicy, Lechici z krwi i kości, mieli posłuch w szatni.
– Każdy z nich potrafił zrobić porządek w szatni. A dziś – kto się tak zachowa? „Kotor”? To jedyny, który może to zrobić, bo gra tu długie lata. Nie oszukujmy się jednak – on nie jest nie wiadomo jakim Lechitą z krwi i kości. Przyszedł tu późno, gra u nas długo, lubię go i szanuję, fajnie, że jest w Lechu, ale to nie jest ktoś, kto urodził się prawie na stadionie i walczył z nami, gdy w klubie nie było niczego. To nie jest legenda Lecha. Legendą był Teodor Anioła, Teodor Napierała, Mirek Okoński i paru innych chłopaków. Szukaliśmy do Lecha ludzi mających charakter. Takich, co wezmą się za szatnię, gdy wyjdzie z niej trener i piłkarze zostają sami. Tak jest zresztą w każdej drużynie, w każdym sporcie. Widzę tymczasem, że po kolejnych porażkach piłkarze Lecha wychodzą z szatni, jakby nic się nie stało.
Kilka lat temu Lech miał mocniejszą drużynę niż teraz.
– Kilka lat temu nie sprzedawało się jeszcze wszystkich najlepszych zawodników. Grali w klubie długo, stanowili o jego sile. Szachtar Donieck, klub z innej półki, regularnie grający w Lidze Mistrzów, nie transferuje wszystkich swoich najlepszych piłkarzy, gdy tylko zaczynają coś znaczyć. Grają tam latami i nie jest im z tym źle.
Jest im dobrze, bo zarabiają całkiem przyzwoite pieniądze.
– Ale mogliby chcieć przejść do klubu, gdzie też dobrze płacą, a perspektywy są ciekawsze. Na pewno niejeden chętny by się na tak dobrych graczy skusił. Oni chcą jednak co rok grać w Lidze Mistrzów, skład mają stabilny, drużynę buduje się tam z głową. A u nas? Nie widać w tym żadnej myśli! Sprowadza się zawodników, których można wypromować i szybko sprzedać. Nie myśli się, by najlepszych zatrzymać na trochę dłużej zapewniając sobie sukcesy. Nie staramy się zbudować zespół mocny, opierający się na klasowych zawodnikach, uzupełniany młodymi, którym dziś nie daje się szansy. Jedyny pomysł na rozwój tego klubu to ustanawianie horrendalnych cen za bilety. Nie oszukujmy się – 90 zł za mecz z Legią, czy 60 zł za mecz z Pogonią to przegięcie. Bilety powinny kosztować 30 zł, być może byłby pełny stadion, o ile oczywiście drużyna nie będzie pokazywała takiej „klasy” jak ostatnio. Obawiam się, że na meczu z Widzewem będzie mniej ludzi niż na Pogoni.
Atmosfera na trybunach też wyraźnie „siadła”.
– Ostatnio oglądam mecze z lóż. Widzę coś, czego wcześniej nie było. Ludzie siedzą, jedzą, piją, od czasu do czasu spojrzą w telewizor. Kiedyś było inaczej. Wszyscy żyli tym, co się dzieje na boisku. Trudno się było przecisnąć, by wyjść na zewnątrz i cokolwiek zobaczyć na własne oczy.
To prawie tak, jak w dawnych latach, gdy kibice podczas meczu grali w karty albo spali na ławkach. Pojedynczych krzesełek jeszcze nie było.
– Sam grałem na stadionie w karty, ale nie podczas meczu, lecz dwie godziny wcześniej. Na niektórych meczach trzeba było zjawić się z takim wyprzedzeniem, by zdobyć miejsce. Nie w Kotle, ale na innych sektorach – na „piątce”, czy na „szóstce”. Jakoś trzeba było czas oczekiwania na mecz zagospodarować.
Jesteś członkiem Wiary Lecha?
– Jestem. Mam legitymację z numerem 2. Nr 1 miał chyba Jarek Kiliński, ówczesny prezes stowarzyszenia. Byłem członkiem Wiary Lecha już jako prezes klubu.
Jaki był wtedy wpływ kibiców na funkcjonowanie klubu?
– Odciążali nas zajmując się sprawami stadionowo-kibicowskimi. Gdy niedawno graliśmy w lidze z Pogonią przypomniał mi się mecz o Puchar Polski z 2001 roku. To była ta słynna seria rzutów karnych, zakończona zwycięstwem 13:12, po obronie i celnym strzale bramkarza Norberta Tyrajskiego. W czasie tamtego spotkania ktoś z trybuny na łuku wrzucił na boisko butelkę. Nie było jeszcze stadionowego monitoringu, ale nie było on potrzebny. Kibole Lecha sami wyprowadzili delikwenta, po prostu wyrzucili go ze stadionu. Ludzie chcieli oglądać mecz w spokoju, cieszyć się nim, ani im w głowie były rozróby. Wiadomo, że na stadionie są emocje, trzeba czasami powiedzieć, a właściwie wykrzyczeć mocne słowa, wyrzucić z siebie złość. To jednak nie znaczy, że trzeba wszczynać awantury. Od początku naszego pobytu w zarządzie Lecha dbaliśmy o porządek na trybunach przy pomocy kibiców. Mówi się, że nawet ich połowa działała w stadionowej ochronie. Pracownicy firm ochroniarskich też byli kibicami, zresztą zdarza się to także policjantom, czy lekarzom. Szefowie firm ochroniarskich zatrudniali do pilnowania porządku kibiców, czyli ludzi, których znali, którym ufali, o których wiedzieli, że zachowają się właściwie. Na trybunach zapanował porządek, ludzie wzajemnie się pilnowali.
Jaka była w tym rola Wiary Lecha?
– Ona powstała potem, gdy te przemiany już były w toku. Zaczęła organizować doping na stadionie, wyjazdy na mecze. Bardzo mocno pomagała nam w marketingu. Stworzyła w mieście, a potem regionie modę na kibicowanie Lechowi. Ci ludzie czuli ten klub, czuli kibiców, wiedzieli, jak do nich trafić. Ich pomoc była nieoceniona. Mieliśmy własne pomysły marketingowe, oni też mieli mnóstwo swoich, przyniosło to bardzo dobry efekt. Panowała atmosfera, jakiej dziś już nie ma. Każdy chciał pomagać Lechowi, pracować na jego markę i popularność.
Wyobrażasz sobie podobny efekt, gdyby klub zamiast takich spontanicznie działających ludzi zaangażował wykwalifikowanych specjalistów do spraw marketingu? Takich, których uczono, jak się promuje firmę, ale nie czujących klubu, nie mających pojęcia o specyfice kibicowania?
– A po co mielibyśmy takich zatrudniać? Przecież wiadomo, że nie przyniosłoby to niczego dobrego. Klubem piłkarskim żyje całe miasto. Główną rolę odgrywają emocje ludzi z nim związanych od lat. Lech to nie korporacja, nie firma starająca się sprzedać swoje produkty. Ludzie, dla których Lech jest najważniejszą sprawą na świecie wiedzą najlepiej, jak trafić do takich, jak oni. Tej wiedzy nie zdobędzie się na żadnym kursie. Zatrudnianie fachowców od marketingu to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Kto ma do wyboru kupno repliki koszulki meczowej albo kubka z nadrukiem, ten na początek na pewno wybierze koszulkę, po kubek sięgnie później. W następnej kolejności, za jakiś czas, zainteresuje się śpioszkiem dla dzieci w barwach Lecha. To wiedza powszechnie znana.
Popularyzowanie klubu zaczęła właśnie Wiara Lecha.
– To wszystko zaczęło się w naszych czasach. Przemo Czajka robił proporczyki, którymi można się było wymieniać. Jarek Czyż projektował flagi, znane wszystkim od lat transparenty, także wystrój naszego biura był jego dziełem. Taką korzyść mieliśmy z zaangażowania kibiców w życie klubowe. Ci ludzie identyfikowali się z klubem. Nie można było tego zlekceważyć, trzeba to było wykorzystać, wyczuć nastroje kibiców. W obecnym Lechu tego wyczucia niestety brakuje. Podkreślę, że kiedyś nie wszystko działo się przy naszym zezwoleniu albo przy naszym zakazie. Była sfera wolności, kibice mogli robić to, co chcieli i jak chcieli. Zaufaliśmy im. Dzięki temu na wyjazdach panował wzorowy porządek, Lech cieszył się rosnącą popularnością, całe miasto czuło się zobowiązane mu pomagać. Kibice doskonale znali stadion. Wiedzieli, kto i gdzie powinien siedzieć, jak zorganizować ruch kibiców. Ich głos doradczy podczas organizacji meczów był dla nas bezcenny.
Nowy Lech, powstały po połączeniu z Amiką, nie miał zamiaru rezygnować ze współpracy z Wiarą Lecha.
– Dobra współpraca z kibicami to chyba był punkt pierwszy dla ludzi wchodzących do Lecha. Nie mogli tu funkcjonować na przekór kibicom. Musieli się z nimi dogadać, działać wspólnie. Bez tego ich zaangażowanie nie miałoby sensu.
Kibice zaakceptowali nowego właściciela klubu. Wiedzieli, że to szansa na rozwój klubu, na stabilizację finansową i na sukcesy.
– Oczywiście, ale odbyła się też dyskusja na temat warunków współpracy. Barwy klubu i tradycję trzeba było zachować, umówić się w sprawie przejęcia zastrzeżonych przez nas znaków. Od początku było wiadomo, co znajdzie się na stadionie, a czego na nim nie będzie. Nikt sobie nie wyobrażał słowa „Amica” w nazwie, ani jakiegokolwiek innego śladu po wronieckim klubie.
Wiara Lecha miała ogromny wpływ na rozwój Lecha, ale za chwilę jej nie będzie. Masz jakiś pomysł na jej zastąpienie?
– A po co ją zastępować? Niech działa dalej. Niedawno sobie żartowaliśmy, że wspólnie z byłymi kolegami z zarządu Lecha moglibyśmy ją przejąć, stworzyć nowy zarząd stowarzyszenia. Radek Sołtys jest pracownikiem klubu, ale wspólnie z Michałem Lipczyńskim moglibyśmy to pociągnąć, nie rezygnując z niczego, co obowiązywało tu dotychczas.
Rozmawialiście już z kimkolwiek na ten temat?
– Nie, to dopiero luźny pomysł, niezobowiązujący. Ale kto wie? Może trzeba będzie tak postąpić?…
Jesteście znani w mieście, byłoby wam łatwo prowadzić stowarzyszenie, działać na jego dobry wizerunek.
– Oczywiście, współpracowaliśmy już w przeszłości, i to z powodzeniem, z władzami miasta. Takie doświadczenia mogą się przydać. Może trzeba ten pomysł, początkowo zgłoszony dla żartu, poddać dyskusji? Nie chodzi przecież o to, żeby ktokolwiek odszedł ze stowarzyszenia, ale żeby kontynuowało działalność pod innym zarządem.
Podczas walnego zebrania nie było chętnych do poprowadzenia stowarzyszenia.
– A teraz ktoś taki by się znalazł. Występuje coś w rodzaju zmęczenia obecną sytuacją. I trudno się dziwić, nikt nie lubi chodzenia na posterunek policji i tłumaczenia się, a wiadomo, jaką atmosferę wokół ruchu kibicowskiego wytwarza część mediów. Można coś zmienić i przekonać się, czy w dalszym ciągu będą powstawały długie serie artykułów o „kibolach”. Muszę się pochwalić, że mam to i owo na sumieniu, więc gdyby ktoś chciał mi to wypominać i napisać kilkadziesiąt artykułów na mój temat, miałby pole do popisu (śmiech). Wrażenia to na mnie nie zrobi. W mojej rodzinie wszyscy już się pogodzili z moją sytuacją, nikt mnie nie musi ludziom obrzydzać. Nikt mnie nie zaskoczy, chyba wszystko już przeżyłem.
Ciekaw jestem reakcji kibiców na Twoje słowa. Zapowiada się ciekawa dyskusja.
– Liczę na nią. Może coś dobrego z tego wyniknie. Wiara Lecha jest potrzebna. Powinna funkcjonować, z pożytkiem dla kibiców Kolejorza. Podkreślam jednak, że nie prowadziłem jeszcze w tej sprawie żadnych poważnych rozmów.
Nie boisz się tego, że z dnia na dzień zostaniesz wrogiem publicznym numer jeden? Przecież im na stadionach jest bezpieczniej, tym bardziej z mediów i z wypowiedzi urzędników i polityków wieje grozą.
– Nie boję się. Nasi kibole też niczego się nie obawiają. Robią swoje, na przekór temu, co się dzieje. Wszystkie nasze wyjazdy na mecze pucharowe były bezpieczne, bardzo dobrze zorganizowane. Może poza Bragą, gdzie kilku miejscowych antyterrorystów zaatakowało idących w spokoju w pochodzie kibiców Lecha. UEFA badała zresztą ten przypadek. Lech złożył protest, ale administracja naszego państwa już nie. Ona w takich sytuacjach zawsze staje po stronie obywateli innych państw. O własnych nie dba. Jeżeli zostaną poszkodowani, tak jak w Bradze czy w Wilnie, to przeprasza tych, co wobec Polaków zawinili. A wracając do naszego stadionu, jedynym, co budzi kontrowersje, są race. Może trzeba od nich odejść? Albo je w jakieś formie zalegalizować? Nikt normalny nie będzie chciał dopuścić do zamykania, raz po raz, własnego stadionu. W ten sposób niech sobie postępują nasi znajomi ze wschodu. Klub płaci gigantyczną karę, UEFA zamyka im stadion, a oni dalej robią swoje. Ciekawe, gdzie ich to zaprowadzi. Mają przecież jeszcze karę w zawieszeniu. Nie wyobrażam sobie takiej relacji między klubem a kibicami, na której tracą wszyscy. Klub płaci ciężkie kary, kibice nie mogą oglądać meczów swojej drużyny. Trudno o głupsze rozwiązanie.
Byłeś na wielu meczach wyjazdowych Lecha. Widziałeś gdziekolwiek rozróby, pijaństwo, bicie przechodniów?
– Próbuję sobie przypomnieć wszystkie nasze wyjazdy. Nie jesteśmy aniołami. W żadnym środowisku, a zwłaszcza wśród ludzi z różnych środowisk nie znajdziemy samych grzecznych ludzi, samych ideałów. Jeśli jednak chodzi o kibicowskie wyjazdy, to od początku mnóstwo ludzi pracowało nad tym, by uświadomić uczestników, że w każdej chwili mogą spodziewać się prowokacji, że są obserwowani, że niektórzy wręcz nie mogą doczekać się awantury z udziałem „kiboli Lecha Poznań”. Nikt nie jest święty, ale czy to w Pradze, gdzie piliśmy dobre piwo, czy w innym mieście nikt nie nastawiał się na robienie awantur. Zawsze są jednak sytuacje nieciekawe, jak w Sztokholmie rok temu, gdy grupki miejscowych chuliganów próbowały wszczynać burdy. Na to nie ma mocnych. Ale to nie znaczy, że kibice Lecha pojechali rozrabiać.
A jednak wiele osób pracowicie psuje im opinię.
– Mam wrażenie, że w tym kraju tworzy się fałszywe zagrożenie „kibolami”, by odwrócić uwagę od spraw poważniejszych, niewygodnych dla aktualnej władzy. Wszędzie, w całej Europie dochodzi do awantur z udziałem kibiców. Bili się ostatnio w Anglii, co jakiś czas mamy groźne incydenty w stawianych jako wzór Niemczech, burdy były kilka dni temu na derbach Rzymu. Ale tylko u nas, gdzie takich incydentów jest o wiele mniej, mówi się o ogromnym zagrożeniu bandytyzmem stadionowym, robi się z tego sprawę państwową.
Rozmawiał Józef Djaczenko
Rysunek autorstwa Jarosława Czyża pochodzi z „Alfabetu Lecha Poznań”, który właśnie opublikowało wydawnictwo Square-Press.



