W Polskim Związku Piłki Nożnej powstawał projekt całkiem nowej ustawy – o bezpieczeństwie meczów piłkarskich. Miała ona w przyszłości zastąpić obecne przepisy, w których wszystkie imprezy traktuje się tak samo. Anglicy już dawno zauważyli, że wydarzenia na piłkarskich stadionach w zasadniczy sposób różnią się od innych imprez masowych, więc wymagają własnych, specyficznych uregulowań. Podobnie miało być u nas. Pracownicy polskich klubów jeździli na spotkania i konsultacje, podczas których mowa była o konkretnych problemach stadionowych. Mówili jednym głosem, bo z takimi samymi problemami spotykają się pracownicy Lecha, Legii, czy Lechii Gdańsk. Ustawa miała się opierać na kilkunastu punktach, z których część pokrywałaby się z dotychczasową ustawą, część to zapisy zmodyfikowane, były i stwierdzenia całkowicie nowe. Praktycy z klubów najlepiej widzą, co ułatwia zachowanie bezpieczeństwa, a co jest martwym zapisem.
Na początku politycy byli życzliwie nastawieni do tych działań, zachęcali prawników z piłkarskiej centrali i władze PZPN do tworzenia nowych przepisów. Nagle wszystko się zmieniło. – Nabraliśmy wątpliwości, czy dalsza praca ma sens. Zaczęło się unikanie spotkań, przekładanie terminów przez polityków i pracowników MSW – mówią osoby pracujące nad ustawą. Potem okazało się, że opracowane dokumenty można wyrzucić do kosza. Komenda Główna nie godzi się na przyzwolenie na kontrolowane odpalanie rac i inne zapisy.
Politycy twierdzili, że wprowadzenie nowej, „piłkarskiej” ustawy zajmie dużo czasu, więc trzeba się skoncentrować na nowelizacji obecnych przepisów. Potem okazało się, że nie ma co liczyć nawet na to. Wszystko pozostanie po staremu. Politycy i urzędnicy zamiast na złagodzenie kursu, nastawili się na walkę z „kibolstwem”. Zdają sobie sprawę, że w przepisach aż roi się od prawnych bubli, nie przeszkadza im to jednak. Nie wzrusza ich także to, że setki policjantów z wydziałów dochodzeniowo-śledczych, zamiast zwalczać przestępstwa, poświęcają długie godziny na przeglądanie stadionowego monitoringu. Prawie zawsze z marnym skutkiem, bo wdrażane postępowania masowo kończą się umorzeniem. W myśl przepisów nastolatka, który odpalił racę podczas meczu, trzeba ścigać równie zawzięcie, jak sprawcę kradzieży lub napaści. I długo jeszcze się to nie zmieni.
Zaproponowane przez piłkarską centralę zmiany miały polegać nie tylko na zezwoleniu na odpalanie rac pod nadzorem osób przeszkolonych w profilaktyce przeciwpożarowej, ale i na dopuszczeniu możliwości zajmowania na stadionie miejsc stojących. W Europie odchodzi się od idiotyzmów ciągle obowiązujących na polskich stadionach. Choćby w Kielcach, gdzie dziesiątki osób ukarano stadionowym zakazem za stanie na miejscach przeznaczonych do siedzenia – bo przepisy pozwalają na takie restrykcje. Tymczasem w Niemczech wchodzą w życie przepisy o ustanowieniu na każdej stadionowej trybunie 20 procent miejsc stojących.
Niezależnie od przepisów, wszystkie kultowe, znane z gorącej atmosfery stadiony zawierają słynne trybuny, na których kibice dopingują na stojąco. Nikt nie myśli o udrożnieniu przejść ani na The Kop w Liverpoolu, ani w Marsylii, ani w Dortmundzie, ani w Monachiom, ani na Stadio Olimpico w Rzymie. Tylko w Polsce politycy i urzędnicy szukają problemów tam, gdzie ich nie ma.
Politykom nie przeszkadza, że życie przerosło uchwaloną przez nich ustawę. Nie boli ich brak dokładnych, przystających do rzeczywistości uregulowań dotyczących podawania alkoholu w miejscach eksterytorialnych, czyli w pomieszczeniach VIP na stadionach. Twórcy ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych nie zauważyli też, że sprzedaż biletów na mecze przez Internet jest działaniem nielegalnym, bo przecież monitorowi nie można okazać dowodu osobistego.
O ile wcześniej można było mieć nadzieję, że politycy zdecydują się na dostosowanie restrykcyjnych przepisów do rzeczywistości, to po pucharowym meczu Lecha z Żalgirisem możemy o tym zapomnieć. Nikt się na to nie zdobędzie. Kibice Lecha, wywieszając antylitewski transparent, spotkali się z powszechnym potępieniem. W poprzednich przypadkach zamykanie przez wojewodę części, lub nawet całego stadionu wywoływało lawinę krytyki. Teraz rzadko się mówi o bezsensie stosowania odpowiedzialności zbiorowej.
Media znane z niechęci do Lecha codziennie przypominają treść wywieszonego transparentu i nie widać, by w najbliższych miesiącach miały zamiar z tego zrezygnować. Zachęcają wojewodę wielkopolskiego do stosowania większych restrykcji. Przypominają, że zapowiedział zamknięcie całego stadionu, gdyby kibice ostro zareagowali na zamknięcie w niedzielę Kotła. Dokładnie cytują treść kibicowskich przyśpiewek. Najbliższe tygodnie i miesiące nie zapowiadają się więc w Poznaniu ani ciekawie, ani spokojnie.
Józef Djaczenko



