Złość i rozczarowanie przy Bułgarskiej. Bezradny Lech ograny przez przeciętne Zagłębie

Można się było spodziewać, że schematycznie atakujący Lech będzie miał problem ze sforsowaniem niskiej obrony Zagłębia. Ale kto by przewidział, że okaże się drużyną gorzej zorganizowaną niż jedna z najsłabszych ekip w całej lidze. Można narzekać na późny powrót do Poznania reprezentantów różnych krajów, ale liczba niewymuszonych błędów jest niewytłumaczalna. 2:1 dla stosujących nieskomplikowaną, ale na Lecha wystarczającą taktykę gości jest w pełni zasłużone. Trener Leszek Ojrzyński przechytrzył Nielsa Frderiksena.

Pierwsze minuty sugerowały, że Lech będzie stroną dominującą, dyktującą warunki. Rozgrywał swe akcje szybko, na jeden kontakt, tak jak to zapowiadał trener. Błyszczał Taofeek Izmaheel, nowy nabytek klubu. Był szybki, efektownie dryblujący, siał zamieszanie w szeregach Zagłębia. Wreszcie z dobrej strony zaczął się pokazywać Rodriguez. Nie był już zagubiony, popisywał się zwodami i szybkimi akcjami, choć tylko w środku boiska. Pod bramką przeciwnika był nieprzydatny.

Panowanie na boisku Lecha skończyło się po 6 minutach. Jak zwykle za sprawą zagubionej, mało zdecydowanej obrony. Lechici przyglądali się z daleka, jak Ławniczak składa się do strzału przewrotką i pakuje piłkę do bramki, a bezradny Mrozek odprowadza ją wzrokiem. Filmowy gol, który mógł paść tylko przy pasywnej postawie obrońców. Sytuacja na boisku diametralnie się zmieniła. Lech pokazał brzydkie oblicze, był drużyną podłamaną, markującą grę. Długo nie mógł odzyskać równowagi, a Zagłębie robiło swoje. Raz po raz przechwytywało piłkę i ośmieszało Lecha szybkimi atakami. Po rzutach rożnych dwa groźne strzały oddał Kajetan Szmyt, zmuszał Mrozka do rozpaczliwego odbijania piłki poza boisko.

Lech przystąpił do tego meczu w składzie mocniejszym niż ostatnio, więc żal było patrzeć na dobrych piłkarzy, którzy nie bardzo wiedzą, co mają robić. Swoje akcje rozgrywali powoli, czekając, aż wszyscy przeciwnicy znajdą się za linią piłki. Wyglądało to beznadziejnie, aż w końcu udało się zagrać tak, jak wszyscy na stadionie oczekiwali: szybko, na jeden kontakt. Ismaheel pięknym, błyskawicznym podaniem obsłużył Jagiełłę, a ten spokojnym, precyzyjnym strzałem wyrównał stan meczu. Wszystko zaczynało się od nowa, Lech mógł pójść za ciosem. Widzowie oglądali typowy mecz walki, z dużą liczbą fauli. Pierwsza połowa trwała 6 minut dłużej, nie z powodu zadymienia stadionu lub interwencji VAR-u, lecz przerw na udzielanie piłkarzom pomocy medycznej. Sędzia Kos nie panował nad tym, przerywał akcje bez potrzeby, nie reagował na złośliwości i brutalne ataki piłkarzy Zagłębia. Wyróżniał się w tym niejaki Sypek, mało liczący się ze zdrowiem rywali. Trener Ojrzyński, widząc, co się święci, zmienił go w przerwie.

Zagłębie okazało się być lepiej do meczu przygotowane, miało pomysł, prymitywny lecz skuteczny. Skupiało się w komplecie we własnym polu karnym lub tuż przed nim, a Lech uprawiał ślamazarną grę po obwodzie w stylu „ja do ciebie, ty do mnie”. Prostych strat i niecelnych podań było więcej niż wejść w pole karne. Goście tylko na to czekali. Przechwytywali piłkę i wyprowadzali błyskawiczne ataki. Nie mylili się, łatwo ogrywali Lechitów, byli górą w bezpośrednich pojedynkach i nie do złapania, gdy startowali do ataku. Po prostu byli lepsi, co podkreślili drugą bramką zdobytą po kontrataku, którego początkiem był przechwyt po kolejnym błędzie gracza Kolejorza.

Od tego momentu Lech zrobił się jeszcze bardziej bezradny. Nie pomogły kolejne zmiany. Zdesperowany trener Frederiksen sięgnął nawet po Fiabemę, lecz tym razem cudu to nie przyniosło, Norweg grał jeszcze bardziej nieudacznie niż jego koledzy. Nic też nie dał drużynie Agnero wprowadzony na ostatnie minuty, biegający bez celu po boisku. Lech wciąż grał powoli, bez pomysłu, przegrywał konfrontację na całej linii. Oddawał strzały, ale celował w bramkarza. Kilkakrotnie zakotłowało się w polu karnym gości, wybronili się jednak z dużym szczęściem, wykorzystali nieumiejętność wykonywania rzutów rożnych przez przeciwnika. Piłka w żaden sposób nie mogła wpaść do bramki, a gdy było już bardzo źle, goście symulowali urazy. Bezradny sędzia godził się na długie reanimowanie ich metr od linii autowej. Nie dość, że Zagłębie dotrwało do końca meczu, to było bliskie podwyższenia wyniku, gdy po niewytłumaczalnych stratach Lecha wyprowadzało groźne kontry.

Udostępnij:

Podobne