Polskim klubom piłkarskim, mimo rosnącej zamożności, medialności ligi, coraz trudniej dorównać do średniej europejskiej. Na ćwierćfinał Ligi Konferencji, traktowany niegdyś jako sukces Lecha, dziś Legii i Jagiellonii, stać mnóstwo biedniejszych klubów. Słabość polskiego futbolu wynika z braku zarządczych kompetencji. Jaskrawym przykładem jest reprezentacja narodowa. Drużynę, z której powinniśmy być dumni, a która przynosi nam wstyd, degradują kolejni selekcjonerzy-nieudacznicy powoływani przez ludzi bez pojęcia.
Katastrofalny mecz reprezentacji przeciwko Litwie musi uświadomić prezesowi PZPN-u, że jego decyzja o powołaniu kumpla na najważniejsze trenerskie stanowisko w Polsce przestała się bronić. Michał Probierz był przeciętnym, jednym z dziesiątków sobie podobnych, ligowym szkoleniowcem. Jego drużyny, występujące na przykład przeciwko Lechowi, często ratowały się przed porażką nie graniem w piłkę, ale prowincjonalnym zwalnianiem, by utrzymać wynik bezbramkowy, kradzieżą czasu przez udawanie, że kolejni zawodnicy wymagają lekarskich interwencji. Żaden z prowadzonych przez niego zespołów nie dopracował się ciekawego stylu. Wprost przeciwnie. Jego jedyna wyższość nad kolegami polega na dobrych towarzyskich układach z prezesem PZPN Cezarym Kuleszą.
Opinia publiczna długo była cierpliwa, kibice jakoś trawili porażki, wypadanie z ważnych rozgrywek, bo przecież trenowi trzeba dać czas na stworzenie optymalnego składu, wywarcie własnego piętna. Czas mija, a ta zbieranina, bo przecież nie drużyna, spisuje się coraz gorzej. Nie wie, jak grać. Trener przez półtora roku nie wypracował niczego. Absolutne zero. Brak zgrania, brak najprostszych schematów, stawianie na obrońców-nieudaczników tracących głowę, a potem piłkę. W innych reprezentacjach grają piłkarze, których gra dla ojczyzny mobilizuje. U nas jest odwrotnie. Gracze radzący sobie w niezłych ligach, po ubraniu koszulki z orłem tracą wszystko. Nie potrafią minąć zwodem słabeusza z Litwy, gubią się, są elektryczni, niezdecydowani, boją się wykonać proste podanie, przyjąć piłkę. Ręce opadają.
Publiczność na Stadionie Narodowym miała w końcu dość, dawała do zrozumienia, co o tym myśli. Pełna frustracja na boisku i na trybunach, zażenowanie tych, co musieli to oglądać przed telewizorami. To powinna być wizytówka polskiego sportu. I nie tylko sportu. A czym jest? Powodem do wstydu. I komu to zawdzięczamy? Kto zatrudnił trenera, który na to nie zasłużył? Wszyscy to wiemy. Niestety, wiemy też, że zmiany nie będzie. Nie podziękuje kumplowi za współpracę, bo przecież plan został wykonany, punkty dopisane, wszystko się zgadza.
Związek piłkarski jest autonomiczny, prezes powołany przez członków ma prawo zatrudniać, kogo chce. Nic i nikt go nie zmusi do racjonalnego działania, nic i nikt nie wszczepi mu odrobiny kompetencji i obiektywizmu, wyrozumiałości dla tych, co chcą oglądać kadrę narodową z poczuciem dumy. Jesteśmy w czarnej… wszyscy wiemy, w czym jesteśmy. Z klubami ligowymi jest podobnie. Tu też rządzą ludzie niespecjalnie liczący się z tymi wszystkimi, którzy napędzają opierający się na medialności biznes.



