Początek był obiecujący. Legia nie weszła dobrze w mecz, dała się Lechowi zdominować. Nie pokazał on jednak wielu udanych akcji. Mógł wyjść na prowadzenie po strzale Douglasa z rzutu wolnego. Szkot trafił w słupek. Legia grała w tym okresie zrywami, a gospodarze do niej się dostosowali. Obie drużyny bardziej nastawiły się na ograniczenie działań przeciwnika niż na kreowanie gry. Zapachniało bezbramkowym remisem.
Początek drugiej połowy wszystko zmienił. Publiczność nie zdążyła nawet zdać sobie sprawy, że gra już się toczy, gdy Legia wyszła na prowadzenie. Nie tyle strzeliła gola, co poczekała, aż obrońcy Lecha zrobią to za nią. Piłkę z rzutu wolnego wrzucił pod bramkę Lecha Furman. Jodłowiec okazał się silniejszy w walce wręcz od Wołąkiewicza, ale na posterunku stał jeszcze bramkarz Lecha. Tyle, że nie dane mu było sięgnąć piłki. Skutecznie zablokował go Marcin Kamiński i Jodłowiec nie miał problemu z dojściem do piłki i wbiciem jej do siatki.
I po meczu – westchnęli kibice Lecha przyzwyczajeni w tym sezonie do tego, że po takim ciosie ich drużyna nie potrafi się podnieść, traci koncept. Zdziwili się jednak, bo Kolejorz odpowiedział prawie natychmiast. Po pięknym, długim podaniu piłkę przejął Douglas, zwiódł Bereszyńskiego i podał Lovrencsicsowi, ten ograł Rzeźniczaka, przełożył piłkę na prawą nogę i oddał mocny strzał. To była filmowa bramka.
Na boisku zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Po błędach popełnianych przez zawodników Lecha w środku pola Legia kilka razy doszła do sytuacji sam na sam, a najlepszą okazję koncertowo zmarnował niedoszły skrzydłowy Lecha – Ojamaa. Obie drużyny przestały się wzajemnie ryglować, gra stała się bardziej otwarta. Piłka wędrowała od jednego pola karnego pod drugie. Zrobiło się ciekawie, bo także Lech mógł wyprowadzić skuteczne ataki. Za każdym razem czegoś zabrakło, najczęściej celnego podania.
Legia nie jest w wysokiej formie, ma za sobą nieudane mecze w Lidze Europy, ostatni rozegrała trzy dni wcześniej, więc można ją było pokonać. Klasowa, dobrze ustawiona drużyna dokonałaby tego. Na dobrą i skuteczną grę Lecha musimy jeszcze poczekać, sama ambicja to jeszcze za mało. Grą tylko w polskiej lidze, gdzie takie spotkania, jak z Legią zdarzają się raz na pół roku, nie zbuduje się piłkarskiej klasy. Nie ma się co dziwić, że internacjonałowi Hamalainenowi piłka odskakiwała, gdy próbował przyspieszyć, albo kierował ją wprost do przeciwnika, który mógł wyprowadzić szybki atak. Teodorczyk pokazał się jako piłkarz waleczny, silny, ale chaotyczny i pozbawiony dobrych podań od kolegów. Bardzo dobre momenty gry miał Lovrencsics, oddawał jednak nie tylko celne strzały.
Na drugim skrzydle teoretycznie grał Pawłowski. Częściej jednak schodził do środka. Nie oddawał strzałów, nie zawsze celnie podawał, przegrywał bezpośrednie starcia z rywalami. Lech tylko kilka razy zaatakował skrzydłem. Bez dobrych skrzydłowych trudno pokonać tak mocny zespół jak Legia. Warto o tym nieustannie przypominać komitetowi transferowemu. Dobry mecz rozegrał Douglas, celnie podający i niezły w defensywie. Dużo zamieszania robił Trałka, mylący się jeszcze częściej niż Hamalainen.
Piłkarze jednej i drugiej drużyny pokazali dobrą grę tylko w pierwszym kwadransie drugiej połowy. Mecz był jednak dobrym widowiskiem za sprawą wspaniałej postawy kibiców Lecha, którzy na trybunach zasiedli niemal w komplecie i żywiołowo dopingowali Kolejorza nie szczędząc… papieru. Trybuny przypominały stadiony argentyńskie podczas Mundialu w 1978 roku.
Nie było ostrych spięć między Ceesayem i Koseckim, była jednak twarda walka. Tym razem Kosecki nie musiał wysilać się na symulowanie fauli. Kilka razy oberwał w twardej walce z piłkarzami Lechami, a raz dostał w głowę od kolegi z drużyny, Łukasza Brozia. Obaj padli na murawę, ale tylko Kosecki mógł kontynuować mecz. Brozia zmienił „ulubieniec” poznańskich kibiców, Bartosz Bereszyński. Popełnił błąd przy bramce dla Lecha. Potem, choć każdemu jego dojściu do piłki towarzyszył przeraźliwy gwizd, nie spalił się psychicznie, nie popełniał rażących błędów i może do swego warszawskiego domu wracać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Lech Poznań – Legia Warszawa 1:1 (0:0)
Bramki: 0:1 Jodłowiec (47), 1:1 Lovrencsics (50)
Widzów: 38458
Sędzia: Daniel Stefański (Bydgoszcz)
Żółte kartki: Trałka, Ceesay – Rzeźniczak, Vrdoljak, Wawrzyniak
Lech: Maciej Gostomski – Kebba Ceesay, Hubert Wołąkiewicz, Marcin Kamiński, Barry Douglas – Łukasz Trałka (88. Dimitrije Injac), Rafał Murawski – Gergo Lovrencsics (88. Bartosz Ślusarski), Kasper Hamalainen, Szymon Pawłowski (74. Karol Linetty) – Łukasz Teodorczyk
Legia: Wojciech Skaba – Łukasz Broź (27. Bartosz Bereszyński), Jakub Rzeźniczak, Dossa Junior, Tomasz Brzyski – Ivica Vrdoljak, Tomasz Jodłowiec – Henrik Ojamaa (86. Michał Kucharczyk), Dominik Furman, Jakub Kosecki (80. Jakub Wawrzyniak) – Wladimer Dwaliszwili
fot. Patryk Pindral



