To miał być najłatwiejszy z ostatnich w sezonie meczów Lecha. Gdy lider spotyka się na własnym stadionie ze słabeuszem, wynik wydaje się przesądzony. Jednak kandydat na mistrza nie stanął na wysokości zadania, zabrakło mu jakości, a przede wszystkim pomysłów na przełamanie obrony gości. Grał schematycznie i powoli, nie odnalazł płynności i polotu, choć w poprzednich meczach ich nie brakowało. Z Gholizadehem łatwiej byłoby mu znaleźć sposób na prymitywne, ale skuteczne metody gości. Zamiast grać w piłkę, bił głową w mur.
Na stadionie zameldowała się rekordowa liczba kibiców, nigdy ich tu nie było aż 41.598. Było to możliwe tylko na meczu przyjaźni, gdy fani gości nie zasiadają w osobnym sektorze, odgrodzeni strefą buforową, lecz mieszają się z kibicami Lecha. Poza tym sponsor klubu uwolnił fragment widowni od swej dużej reklamy. Atmosfera wielkiego wydarzenia i dużych oczekiwań panowała tylko przed początkiem spotkania. Potem okazało się, że Lech nie może sobie pozwolić na normalną grę, goście nastawili się bowiem na zabijanie meczu, i to już od pierwszych minut. Dokonywali cudów, by piłka jak najdłużej pozostawała poza grą, każde wznowienie, choćby i z autu, trwało w nieskończoność. Skutek był taki, że oklaski i doping dla Arki zamieniały się w protesty, przeciągłe gwizdy, złorzeczenia. Sędzia Frankowski udawał, że nie dostrzega w tym niczego niewłaściwego.
Wydawało się, że Poznańska Lokomotywa pędzi po mistrzostwo, nikt jej nie wykolei. Wystarczyło jednak trochę antyfutbolu, by wszystko zepsuć. Mogło być jeszcze gorzej, bo tego wieczoru Lech nie radził sobie nie tylko w ofensywie, ale był niezborny w defensywie, na dużo pozwalał gościom. Stracił gola po rzucie rożnym, a niewiele brakowało, by dał się zaskoczyć kontratakiem spowodowanym jedną z wielu prostych strat w trakcie mozolnego rozgrywania akcji w środku boiska. Tego rozgrywania było za dużo, Lechici trwonili siły i środki, a przede wszystkim czas na podawanie sobie piłki przed polem karnym. Nie mogło to przynieść niczego dobrego, a każda strata powodowała zagrożenie. Lepszy zespół zrobiłby z tego użytek, Arka jakości ma jak na lekarstwo, dlatego musiała uciekać się do innych, mało sportowych sposobów.
Lechowi nie wychodziło to, co zapewniło mu zwycięstwo w dwóch ostatnich meczach – posyłanie piłki między strefami, wprost do napastników. Po wszystkich takich próbach albo piłka padała łupem rywali, albo przejmujący ją gracz Lecha wikłał się w pojedynki, z reguły przegrywane, w czym celował Walemark. Nie wychodziła gra na małej przestrzeni, Lechici gubili się, gdy wystarczyło złapać piłkę i zaskoczyć bramkarza gości. Kiedy już miał ją na nodze Ishak, pudłował albo kopał tak, że obrońcy zdążyli z zablokowaniem strzału.
Nie było widać, by w trakcie meczu sztab szkoleniowy reagował na taki obraz meczu. Owszem, dokonał zmian już w przerwie, ale były to tylko zmiany osób, a nie sposobu gry. Agnero nie jest ulubieńcem kibiców, mają zastrzeżenia do jego umiejętności, ale w tym przypadku, gdy inne sposoby nie zdawały egzaminu, chyba warto było wcześniej zacząć grać na dwóch napastników, częściej dośrodkowywać licząc na wzrost Iworyjczyka. W samej końcówce udało mu się dobrze trafić głową, bramkarz zatrzymał piłkę z trudem. Tym razem słabo wypadli zawodnicy napędzający zwykle akcje Kolejorza, tacy jak Bengtsson. Znów mało produktywny był Walemark. Próbował być aktywny, rozrywać obronę, pierwsze jego ruchy były obiecujące, ale gdy tylko wikłał się w starcia z obrońcami, tracił piłkę zanim zdążył oddać strzał.
Nic nie jest stracone. Wszystko teraz zależy od postawy Lecha w dwóch następnych meczach, a najpierw jedzie do Radomia, gdzie nie gra mu się łatwo, jeszcze tam nie wygrał. Na domiar złego trener znów może mieć problem z zestawieniem obrony. Na drugą połowę nie wyszedł Milić. Można było go zastąpić Gumnym, co zdawało egzamin, ale ten zawodnik sam się z najbliższego spotkania wyeliminował łapiąc czwartą żółtą kartkę, i to w sytuacji, która agresji nie wymagała, mógł się powstrzymywać, akcja toczyła się blisko pola karnego rywali. Radomiak ma dobrych graczy ofensywnych. Ciekawe, kto, oprócz Mońki, będzie próbował ich powstrzymać.
Już kilka tygodni temu było wątpliwe, by Lech wygrał wszystkie ostatnie mecze. Nikt jednak nie spodziewał się straty punktów w konfrontacji z jedną z najsłabszych ekip. Specyfika ligi w tym sezonie polega na tym, że punkty tracą wszyscy. Górnikowi Zabrze zdarzyło się to ostatni raz 11 kwietnia, gdy zremisował w Warszawie. Gdyby pokonał u siebie Zagłębie Lubin, w środę na wyjeździe Arkę w zaległym meczu, potem na wyjeździe Wisłę Płock, a na koniec u siebie Radomiaka, odniósłby sześć zwycięstw z rzędu. A nawet siedem wliczając finał Pucharu Polski. To chyba za dużo, jak na jego potencjał, mimo iż ma trenera, który, w przeciwieństwie do Nielsa Frederiksena, potrafi wykorzystywać atuty swej drużyny. Taki wyczyn, ale tylko w sytuacji jeszcze jednej straty punktów przez Lecha, pozwoliłby Górnikowi go wyprzedzić.



