Najbardziej zachwycony przebiegiem meczu Lecha z mistrzem Wysp Owczych był trener Piasta Gliwice. Zacierał ręce obserwując, jak jego najbliżsi przeciwnicy tracą siły w upale, jak są bezradni wobec konsekwentnego w defensywie, grającego z pomysłem przeciwnika. Nie tylko zresztą Daniel Myśliwiec już wie, że szerzące się przez całe lato pogłoski o rodzącej się w Poznaniu piłkarskiej potędze są mocno przesadzone. U progu sezonu, po kilku spotkaniach, mistrz Polski nie siłę prezentuje, ale zastanawiające słabości.
W czwartek zagrał po prostu marnie. Najgorzej spisała się formacja środkowa, która zamiast decydować o przebiegu gry, paraliżowała ją. W zespole nie ma kreatora ofensywy, regulatora tempa. Kimś takim nie jest Antoni Kozubal, który miewa, i tak było właśnie teraz, kłopoty ze znalezieniem sobie miejsca na boisku. Przemieszczał się między liniami, ale nie w sposób, który by coś dawał drużynie. Gdy potrzebny był w rozegraniu, zamieniał się w jednego ze środkowych obrońców. Z piłką przy nodze potrafił przyspieszyć, ale nie kierował jej w stronę pozwalającą zaskoczyć rywala.
Jęk zawodu było słychać na stadionie, gdy Kozubal odgrywał na boki lub do tyłu, jakby bał się straty posiadania. Kiedy prosiło się, by przyjąć górną piłkę i podać do kolegi po ziemi, silił się na odbijanie jej głową, a w tym akurat mistrzem celności nie jest. Jeszcze mniej dobrego mogliśmy mówić o Rodriguezie. Starał się być wszędzie, ale pożytku z niego nie było nigdzie. Owszem, oddawał strzały, ale zaskoczyć bramkarza nie mógł. Notował wiele strat, źle podawał, nie było z niego pożytku w polu karnym. W tym meczu Lech grał bez „dziesiątki”. „Szóstką” był Murawski, wielce pomóc w ofensywie nie mógł. Doświadczony Jagiełło bardzo by się przydał, trzeba jednak na niego poczekać być może aż miesiąc. Berggren, były gracz Rakowa, podobno mający niebawem dołączyć do Lecha, też bardziej się specjalizuje w rozbijaniu akcji niż ich kreowaniu.
Najlepszym dowodem na brak pomysłu na ofensywę było pchanie wszystkich bez mała ataków wąskim korytarzem na środku boiska. Wyglądało to na celowe zawężanie pola gry. Tylko po co? By ułatwić zadanie Farerom? Wystarczyło im uszczelnić ów wąski korytarz. Frederiksen oglądał mecz z daleka, ale na ławce trenerskiej kilka osób pozostało. Ktoś mógł zareagować, skorygować to, co dostrzegli wszyscy inni obecni na stadionie. Inna sprawa, że najlepszym sposobem na usunięcie niedostatków w organizacji gry są sparingi z zespołami z różnymi sposobami grania. W Lechu zadziałali inaczej. Mankamenty mają się ujawniać w meczach o stawkę. Tylko czy ktoś na nie zareaguje?
Kilka ważnych graczy akurat w momencie, gdy ich forma jest niezbędna, notuje okres wyjątkowo słaby. Palma nie jest sobą, nie może się odnaleźć Walemark. Obaj wydają się być z tego powodu zmartwieni, a mocną stroną Lecha nie jest odporność psychiczna. Momentami nie mógł sobie poradzić z ofensywą rywala, stosował wariant ratunkowy w postaci wybijania na ślepo. Zbyt dużo było w tym paniki. Farerom niewiele brakowało do strzelenia gola. Gdyby mieli więcej jakości, choćby tyle, co Duńczycy z Aarhus, Lech znów znalazłby się w poważnych opałach. Poza tym trener Klaksvik z pewnością nie rozumiał, dlaczego Lech tak późno zaczął grać na dwóch napastników. Agnero zaczął pokazywać się z lepszej strony w samą porę, gdy Ishak ma słaby moment. Jednak to właśnie napastnicy dali Lechowi jedynego gola. Jeden podał, drugi z trudem, bo z trudem, ale opanował piłkę, nie pozwolił się dogonić, wykorzystał poślizg bramkarza.
Najważniejsze pytanie na dziś brzmi: jak w niedzielę zagrać przeciwko Piastowi, by stworzyć sobie szanse na punkty? Jak zaskoczyć Daniela Myśliwca, a przede wszystkim nie dać się zaskoczyć jemu? Rywal nie zagra przy Bułgarskiej tak, jak Wieczysta w Krakowie, nie wyjdzie na boisko sparaliżowany rzekomą klasą rywala. Klub z Gliwic miał poważne problemy z przygotowaniem się do sezonu, skompletowaniem składu. Typowany bywał na jednego z głównych kandydatów do spadku. Po ostatnim meczu, gdy wygrał strzelaninę przeciwko Wiśle Kraków, pokazując wiele składnych akcji, nikt go nie nazwie murowanym dostarczycielem punktów. W Klaskvik wiedzą, że zawsze można znaleźć sposób na faworyta, zminimalizować jego atuty, na maksa wykorzystać własne. Piast też tak by chciał. Lech nie może sobie pozwolić na ponowną stratę punktów u siebie. Przede wszystkim jednak nie może sobie pozwalać na dalsze pokazywanie słabości, także tych mentalnych.



