W Londynie Kolejorz przekonał się, jak wiele mu brakuje do dobrego europejskiego poziomu. Po trzech dniach sytuacja się odwróciła – teraz on pokazał niekwestionowaną wyższość nad Radomiakiem. W Lidze Europy przegrał jednak na własne życzenie, popełniając kompromitujące błędy. Teraz też się ich nie ustrzegł, bo to jego znak firmowy, mimo tego zwyciężył 5:1, choć wynik ten nie odzwierciedla wielkiej przewagi mistrza Polski.
Wydawałoby się, że Lech weźmie sobie do serca bolesną londyńską nauczkę i rozegra choćby jeden mecz z pełną odpowiedzialnością, bez niechlujstwa. Nic z tego. Już po kilkunastu sekundach rywalizacji z ligowym słabeuszem doświadczony Murawski popełnił błąd, jakiego wstydziliby się trampkarz: łatwo stracił piłkę przed własnym polem karnym. Ledwo widzowie zdążyli spojrzeć na boisko, a goście cieszyli się z zaskakująco łatwego prowadzenia.
Lechowi bardzo się spieszyło ze wznowieniem gry, by przystąpić do natarcia. I rzeczywiście zaatakował, i to od razu skutecznie. Rodriguez strzelił niezbyt mocno, ale radomski bramkarz nie zdołał interweniować. Po trzech minutach gry mecz zaczynał się od początku. Tyle, że goście byli tłem dla Kolejorza. Gdyby Ishak był w zwykłej dyspozycji, już po kilku minutach zdobyłby dwa gole, a okazje miał wyborne. Zamiast strzelać precyzyjnie, ponad lub obok niego, kopał piłkę wprost w niego.
W pierwszej połowie mecz toczył się w deszczu. Piłka szybko toczyła się po mokrej murawie, Lech operował nią w taki sposób, że przeciwnicy nie wiedzieli, co się dzieje. Bronili się z dużym trudem, w wielu momentach po prostu nie nadążali. Ponieważ jednak mają w składzie niezłych graczy, to prowadzili otwartą grę, stosowali pressing, oddawali strzały. Po katastrofie z początku spotkania obrońcy Lecha grali już pewnie, nie dawali się zaskoczyć. Bywały niestety momenty, gdy Lisowi chyba zależało, by gracze Radomiaka pojawiali się na jego przedpolu, bo wybijał piłkę tak „umiejętnie”, że szybko miał ją znów w polu karnym.
Lech równie szybko, jak wyrównał, wyszedł na prowadzenie. Bramkarz gości sparował strzał tak nieszczęśliwie, że piłka trafiła do Walemarka, który pokonał go uderzeniem głową. Pojawiły się i kolejne szanse dla Lecha. W pierwszej połowie udało się wykorzystać jeszcze tylko jedną, gdy w dobrej sytuacji znalazł się Ishak. Kopnął w stronę bramki, ale w sprawie jego zamiaru zdania są podzielona. Jeśli to miało być podanie, a nie strzał, to Sayyadmanesh został obsłużony idealnie i mógł strzelić jednego ze swych najłatwiejszych goli. Miał potem kolejne okazje, a po potężnym uderzeniu Ishaka z pierwszej piłki bramka trzęsła się bardzo długo. Trafił bowiem tylko w słupek.
Po przerwie nawałnica nie cichła, Lech wciąż nacierał, gubił rywali, tworzył sobie dobre okazje. Już po sześciu minutach było 4:1. Piłka po dobrym strzale Walemarka została zablokowana, ale wróciła do niego i ponowienie było udane. Potem Szwed obsłużył Rodrigueza, który minął obrońców zwodami i nie dał szans bramkarzowi. Wydawało się, że natarcie Lecha przyniesie kolejne gole. Trener robił jednak zmiany, a rezerwowi nie byli już tak groźni, Agnero wręcz osłabił drużynę psując wszystko, co było do zepsucia. W tym meczu Lech nie miał napastnika. Ishak jest pod formą, a jego zmiennik nie ma kwalifikacji na ekstraklasę. Trzeba przyznać, że Radomiak też atakował, momentami był nawet groźny, Lis musiał obronić kilka strzałów.



