Trener na lata, czyli na wagę złota. Trafi taki kiedyś do Lecha?

W wielkim futbolu rządzą wielkie pieniądze. Czasami jednak w europejskiej elicie pojawiają się kluby mało zamożne, niewielu wcześniej o nich słyszało. I co najdziwniejsze, goszczą tam dłużej niż przez jeden, dwa sezony. Zazwyczaj taki klub swoją niezwykłą karierę zawdzięcza trenerowi pracującemu w danym miejscu przez długie lata. W Lechu chyba się takiego nie doczekamy.

Lech, aktualny mistrz Polski, w nowym sezonie nie może się pozbierać, nie tylko z przyczyn obiektywnych. Defensywa jest w rozsypce, piłkarze z wszystkich formacji bezkarnie popełniają błędy niewybaczalne nawet w niższych ligach. Zaczyna się odwieczna dyskusja pod hasłem: czy leci z nami pilot? Co w wolnym tłumaczeniu znaczy: czy trener wciąż panuje nad drużyną? Oczywiście nikt nie żąda jego zwolnienia, na tym etapie byłoby to absurdalne. Jednak nie ma gwarancji, że Frederiksen, który odniósł wielki sukces i okazał się fachowcem, znów zacznie sobie dobrze radzić.

Wszyscy pamiętamy świetną grę Lecha w Lidze Konferencji, dotarcie do ćwierćfinału. Jednym z rywali, z którymi sobie wówczas poradził, było FK Bodø/Glimt. Mało wcześniej znany klub z mroźnej północy Norwegii już był na fali wznoszącej, uzyskiwał doskonałe wyniki z renomowanymi przeciwnikami bijąc ich wysoko na własnym, niewielkim obiekcie ze sztuczną trawą, na której czuł się wspaniale, mógł grać bardzo szybko i bardzo składnie. John van den Brom, ówczesny trener Lecha, długo już w Poznaniu nie popracował. Wszyscy wiemy, kto go zastąpił w połowie sezonu i jak się to skończyło. A Bodø/Glimt? Właśnie zaczyna pierwszy swój sezon w Lidze Mistrzów. Widząc, jak mądrze ten klub jest prowadzony, należy wierzyć, że nie ostatni.

Za sukcesem Norwegów stoi trener Kjetil Knutsen. Pracuje tam od 2018 roku, wypracował szybki i ofensywny styl gry. Drużynę budował mądrze i konsekwentnie, wymieniał poszczególne ogniwa, nikt tam nie nastawiał się na robienie wielkich biznesów, ale na uzyskiwanie coraz lepszych wyników. Ruchy były przemyślane, nie zdarzały się pomyłki transferowe. Wartość drużyny radykalnie wzrosła, dziś transfermarkt szacuje ją na 60 milionów euro. Klub zarobił majątek nie dzięki sprzedaży wychowanków, ale grze w Europie. Za chwilę dzięki Lidze Mistrzów zyska tyle, że przy mądrym, kompetentnym zarządzaniu stanie się potęgą na miarę nie tylko Skandynawii.

Ekipa van den Broma na początku tamtej pucharowej przygody mierzyła się z azerskim Karabachem Agdam. To kolejny fenomen. Ten kraj, ta część świata nie słynie z dobrych piłkarskich wyników. Z tamtejszymi klubami grało się niechętnie ze względu na odległość, ale niemal zawsze zwycięsko. Aż w 2008 roku pracę w Karabachu zaczął były piłkarz Qurban Qurbanow. Stworzył potęgę z niczego, pozyskiwał niedrogich graczy na podstawie intuicji, wyczucia. Budował zespół krok po kroku, sezon po sezonie, coraz częściej ogrywając zespoły teoretycznie mocniejsze, prezentując ofensywny styl opierający się na szybkich podaniach, ruchliwości piłkarzy. O sile tego zespołu przekonały się Legia, Jagiellonia, a przede wszystkim Lech zmiażdżony w Baku 5:1. W Baku, bo ze względów politycznych klub nie może grać na własnym terenie.

Lech wówczas wygrał u siebie 1:0, a na początku rewanżu Velde zdobył pięknego gola i wydawało się, że będzie dobrze. Nastąpiła jednak katastrofa, nie tylko za sprawą klasy rywala. W bramce Kolejorza stał niejaki Artur Rudko, spokojny, sympatyczny człowiek, który jednak bramkarzem był tylko z nazwy. Zawalił kilka goli, pozbawił swój klub jakichkolwiek nadziei, nie tylko zresztą w tym meczu. Wszyscy wówczas zachodzili w głowę – kto podpisał z nim kontrakt? Jak to się mogło wydarzyć?

Dziś Karabach jest po pierwszym meczu w Lidze Mistrzów. Drużyna, której wartość ma wynosić ledwo 20 milionów euro, ograła na wyjeździe słynną Benfikę Lizbona. Klub właściwie spoza Europy stoi przed szansą osiągnięcia czegoś wielkiego. Kogo ma na bramce? Mateusza Kochalskiego, na którym nie poznali się w Legii.  Za psi grosz przekazała go Stali Mielec. Tam dali mu szansę się wykazać i za niecały milion euro sprzedali Karabachowi. Azerowie zamienili go w bramkarza klasowego. Wybronił im niejeden mecz, zadebiutował w Lidze Mistrzów. Trzeba wiedzieć, jak to się robi. To jest klucz, który jest więcej warty niż wielomilionowe kontrakty. Przekonali się o tym w Manchesterze. Po odejściu sir Fergussona United miota się, trwoni już nie miliony, lecz chyba miliardy.

Co ciekawe, w takich klubach, jak Bodø, jak Karabach sukcesy uzyskują długo pracujący trenerzy rodzimi. Polskim przykładem jest Marek Papuszun, który w ciągu kilku lat stworzył Raków, dzięki nieograniczonemu zaufaniu właściciela klubu. W Lechu próbowali tego przed laty z Mariuszem Rumakiem, potem podkusiło ich, by drugi raz wejść do tej samej rzeki, ze skutkiem oczywistym. Ten klub jest zresztą zarządzany specyficznie, wyniki sportowe nie są jedynym pożądanym parametrem, trener musi realizować różne cele, akceptować różne zależności. To nie sprzyja długim kontraktom. Na razie zapowiada się, że Niels Fredreriksen będzie pierwszym od lat wypełniającym kontrakt. Wystarczy mu przetrwać do końca sezonu. Co potem? Zależy od wyników, ale na razie nie zapowiada się to obiecująco.

Udostępnij:

Podobne

Tych punktów może zabraknąć

To miał być najłatwiejszy z ostatnich w sezonie meczów Lecha. Gdy lider spotyka się na własnym stadionie ze słabeuszem, wynik wydaje się przesądzony. Jednak kandydat

Sobotnie granie Lechitek

W sobotnie południe zespół seniorek Lech Poznań UAM rozegrała w Plewiskach mecz przeciwko SMS Łódź ( to byłe mistrzynie i wicemistrzynie Polski). Po golu Alicji