Spacerkiem po Dębcu

Maciej Markiewicz był związany z Lechem od lat sześćdziesiątych. Doskonale pamięta topografię dębieckiego stadionu, grających i pracujących tam ludzi. Dawne gwiazdy i pracownicy Lecha opowiadają mu, w jaki sposób zdobywało się sportowe obuwie i odzież. Nie wystarczyło po prostu wejść do sklepu i kupić, czy zamówić u sponsora.


[widgetkit id=34]

 

Ostatni przed wejściem na dębiecki obiekt rzut okiem na kasy biletowe i bramki wejściowe dla kibiców. Dwanaście kas przedzielonych jedenastoma bramkami wykonanymi z metalowych płaskich prętów osadzonych na kołowrotach. Miały kolor niebieskawo- popielaty, a odnawiane były minimum raz do roku przed rozpoczęciem sezonu. Po lewej stronie kas biletowych były trzy dwudzielne bramy osadzone w murze ceglanym pokrytym tynkiem o kolorze biało-beżowym, utrzymane w podobnej do bramek między kasami kolorystycznej tonacji.
W płaskowniki niebieskawo-popielatych pionowych prętów w środkowych częściach wspawane były koła o średnicy około 90 cm, a w nich, w lewych skrzydłach bram trzy litery KKS, a w prawych napis LECH oznajmiał, na jakim obiekcie się znajdujemy. Z tym samym elementem spotkamy się patrząc na metalowe bramy wchodząc na stadion od strony budynku gospodarczego i po przeciwległej stronie, po której znajdowały się nowsze szatnie wybudowane w 1957 roku.
Po przekroczeniu bramek kierując się w prawą stronę. Widząc po skosie obiekty HCP przedzielone torami kolejowymi natykamy się na schody prowadzące na boisko do gier sportowych. Idąc w dół, po pokonaniu siedmiu kamiennych stopni jesteśmy na placu mieszczącym niegdyś, w zależności od potrzeb, dwa boiska do koszykówki i dwa do siatkówki, albo jedno do piłki ręcznej. Na tym prostokącie o rozmiarach 40×50 metrów prowadzono treningi i rozgrywano turnieje.
Piłkarze ręczni korzystali zazwyczaj z Sahary, nazywanej też boiskiem Patrzykonta – to od Janusza Patrzykonta, wybitnego sportowca wielu dyscyplin uprawianych przez niego w Kolejorzu. Owe boisko znajdowało się po lewej stronie na podwyższeniu siedmiostopniowym około dwa metry wyżej. Podczas mistrzowskich spotkań, także międzypaństwowych, obrzeża boisk do koszykówki, czy siatkówki zamieniały się w miejsca dla publiczności, a miejscami siedzącymi były naturalnie usypane z ziemi wały, obrośnięte trawą koszoną w zależności od potrzeb wyznaczanych terminami, charakterem i rangą spotkań.
Wały te służyły w okresie przedwojennym i krótko po wojnie sekcji strzeleckiej i łuczniczej do ustawiania mat z tarczami. Na poboczach ustawiali się sędziowie, a w bezpiecznej odległości za sznurami lin były miejsca stojące dla kibiców, w dalszej odległości można było obserwować zawody w pozycji siedzącej. Udając się w stronę trybun boiska piłkarskiego z tej samej strony, a więc od boisk do gier zespołowych, musimy pokonać 44 kamienne stopnie zamieniane też w trybuny, pamiętające wielki sportowe wydarzenia z udziałem choćby „Wielkiej piątki KPW”. Z korony stadionu rozpościera się widok na panoramę fragmentu Dębca, Górczyna, Łazarza. Jesteśmy na tzw. „stojącej” trybunie. Bilety na nią były tańsze. Przykładowo – w sezonie 1967/68 bilet na „stójkę” kosztował dla dorosłych 8 złotych, ulgowy był o trzy złote tańszy. Po przeciwległej stronie na miejscach siedzących zasiąść można było po wykupieniu biletu za 12-15 złotych.
Do 1956 r. widok z trybuny „stojącej”, która mogła teoretycznie pomieścić 1,5 tysiąca widzów, był ograniczony ze względu na niewielką wysokość wału. Ten, podobnie jak przeciwległy uległ podwyższeniu i od roku 1957 na tej trybunie mogło się znaleźć 8,5 tysiąca kibiców, a po przeciwległej, na miejscach siedzących nie 3,5 tysiąca, jak to  było wcześniej, a 10 tysięcy na ławeczkach osadzonych na betonowych słupkach. Po spłonięciu drewnianej trybuny w 1950 roku, usytuowanej po tej „siedzącej” stronie, lekkoatleci przenieśli się na inne poznańskie obiekty. Czterotorowa bieżnia została pochłonięta przez piłkarską murawę. Podczas „meczów na szczycie” dębiecki obiekt mieścił 22 tysiące kibiców, zazwyczaj wyłącznie Lecha. Między trybunami „stojącą” i „siedzącą”, na koronie stadionu od strony dworca Poznań Główny, znajdował się zegar. Z dachów znajdujących się opodal hal produkcyjnych HCP kibice Kolejorza zawsze oglądali mecze.
Za zegarem, za tunelem od tej strony wybudowane zostały – także przez samych piłkarzy i trenerów – szatnie oraz pomieszczenia sanitarne układające się w siedem równych części. Przechodząc koroną stadionu od strony trybun „siedzących” w środkowym jej fragmencie natrafimy jeszcze dziś na szczątki stanowiska spikerskiego. Idąc dalej dojdziemy do dwóch zejść z korony stadionu. Pierwsze prowadziło do szaletów, drugie na prawo, do świetlicy klubowej, w której pomieszczenia miała służba zdrowia. W niej od lat niesłychanie rozpoznawalną postacią był pielęgniarz, masażysta Jan Matołka, a lekarzami między innymi Tadeusz Perzyna, Marian Krawczyński, Franciszek Rataj.
Naprzeciw gabinetów lekarskich znajdowała się klubowa kawiarenka. Widok na wprost z korony stadionu ukazywał w pełnej krasie Saharę. Patrząc bardziej na lewo ujrzymy budynek klubowy ze starymi szatniami, w którym w lewostronnej części swe mieszkanie mieli długoletni gospodarze dębieckiego obiektu, państwo Helenka i Kazimierz Lipiakowie, a od 1973 roku ich następcy, państwo Krystyna i Teodor Węgrzynowie.

Od stóp do głów

Nie wystarczy talent i zapał, by grać w piłkę. Większość chłopców, dzieci piłkarskiego Kolejorza w okresie przedwojennym trafiała do klubu za namową tych, którzy już na dobre terminowali pod okiem trenerów.
Stanisław Atlasiński: – Najpierw w piłkarskiej „Osadzie” zasłużyłem sobie na powołanie do prawdziwego zespołu KPW. Edek Białas i Mietek Tarka uznali, że się nadaję. Musiałem mieć piłkarskie buty. Bez tego ani rusz. Jeszcze z Niemiec, kiedy tam mieszkaliśmy, miałem po ojcu takie  „sportówki”, które tu, w Poznaniu jeden z szewców przerobił mi na buty typowo do futbolu.
Janusz Gogolewski: – Kiedy na poważnie zacząłem uprawiać futbol, a było to od razu po wojnie, na treningu u pana Franciszka Bródki pokazałem się w piłkarskich butach. Wykonał mi je szewc, który miał swój warsztat na narożniku ulicy Chociszewskiego i Szymborskiej. W podobnych zakładach szewskich na Hetmańskiej, czy u pana Tobisza przy ulicy Chociszewskiego można było sobie takie sportowe cacko zamówić.
Jan Kaczmarek: – Edmund Kaczmarek, mój ojciec zawsze był blisko piłkarskiej szatni. W Admirze liczono się z nim. Dlatego nie miałem problemu z butami – tepami. Kto miał smykałkę do gry, a jeszcze lepiej gdy wpadł w oko trenerowi, czy kolegom z zespołu, to problemy z obuwiem miał już tylko klub. Jak jeszcze do tego gospodarz pan Kaziu Lipiak widział, co jest grane, to buciki miałeś jak ta lala. (Wypowiedź z 19 czerwca 2011 r.)
W latach pięćdziesiątych i jeszcze u schyłku sześćdziesiątych popularnym zabiegiem było przerobienie w większej ilości produkowanych przez polski przemysł sportowy butów dla kolarzy na potrzeby piłkarskie. Popularne „kolarki” nie każdemu jednak służyły.
Andrzej Karbowiak: –Jeśli za takie buty wziął się dobry szewc, to była szansa, że runda, może nawet sezon przyniesie tobie radość z grania. Najczęściej wykonawcy przeróbek partaczyli robotę. Do dziś mam anielskie uczucie błogości, kiedy po meczu ściągam ze stóp tepy i ulga ogarnia mnie niemiłosierna. W kartonie na strychu mam lewy but od jednej z par nieszczęsnych produktów owych czasów. Jak sobie o nim przypomnę, to od razu jestem mocno pobudzony.
Kołki, albo korki do tepów były ważne jeśli chodzi o pewność poruszania się po boisku. Warto wiedzieć, że jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych piłkarski but miał wysokość powyżej kostki i osadzony był od strony podeszwy sześcioma, dziewięcioma korkam. Kołki, korki, sztole wykonywane były ze skóry uformowanej w stożek o wysokości niższej na boiska trawiaste, gdy była ładna pogoda i wyższej na klepiska i grzęzawiska. Metalowe były toczone w aluminium.  „Kolarki” i kolejne już zdecydowanie bardziej piłkarskie buty FABOS rodem z Krosna sięgały kostek.
Wojciech Piasecki, fan Lecha, jak o sobie mówi – kibic Kolejorza z Łazarza też pamięta związane z piłkarskimi butami sprzętowe niuanse: –U szewca Maka, przy Kanałowej 17 można było sobie zamówić buciki na parkieciki, albo nawet sportowe. U Ludwika Kasprzyka też na Kanałowej pod siódemką zamówienia składali piłkarze. Korki do butów wykonywał mój kolega Józef Hajce. Pracowaliśmy razem w Oddziale Zmechanizowanych Robót Drogowych PKP przy ulicy Spichrzowej 53. Tu przychodził do nas Tadeusz Płotka, albo Adam Giel i produkcja aluminiowych – metalowych korków trafiała do szatni piłkarzy Lecha.
Koszulki, spodenki, getry w latach trzydziestych szyte były w zakładach krawieckich.
Stanisław Atlasiński: – Czerwone, a w zasadzie bordowe były koszulki, natomiast spodenki białe i podobnie wypustki na trykotach. Jeden komplet mieliśmy z dębieckiej firmy Bucherta. Graliśmy też w białych strojach od getrów, spodenek po koszulki, a jeden komplet jeszcze z okresu tuż przed wybuchem wojny składał się z niebieskich koszulek, białych spodenek i granatowych getrów. Te komplety załatwiał Stanisław Dereziński.
Jan Pieńczak, wiceprezes KKS Lech Poznań w zarządzie prezesa Wacława Draba: –Po wojnie sprzęt został przeinwentaryzowany. Koniecznie musieliśmy zdobyć dresy. Pierwsze, które ja pamiętam miały kolor niebieski, były ocieplone barchanem. Bluzy miały wykończenie szalowe. Długo nam służyły, od awansu w 1947 roku do Ekstraklasy po połowę lat sześćdziesiątych. Kolejne dresy miały kolor bordowy. Wszystkie następne były w barwach niebiesko-białego Lecha. Stroje zamawiałem w kilku sklepach, magazynach. Składnica Harcerska przy Teatrze Polskim, albo Spółdzielnia Pracy „Wenus” przy Kramarskiej, czy Robotnicza Spółdzielnia Pracy „Dziewiarz” na Naramowickiej, z punktem usługowym mieszczącym się przy Garbarach, spółdzielnia „Włókno” przy Grunwaldzkiej przygotowywały, albo pośredniczyły w zdobywaniu materiałów, z których szyte były stroje, dresy.
Jan Pieńczak dodaje, że doszywki w kolorystyce klubowej Lecha, np. wstawki niebieskie albo białe, emblematy, numery na koszulkach strojów wykonywali krawcy kolejowi z zakładu mieszczącego się przy ulicy Zachodniej. Stąd też do budynku gospodarczego z szatniami, z mieszkaniem państwa Heleny i Kazimierza Lipiaków , do jednego z tam znajdujących się pomieszczeń oddelegowany był do naprawy butów piłkarskich jeden z pięciu szewców. O wszystkie prace związane z praniem, prasowaniem, zszywaniem uszkodzonej odzieży dbała z z należną starannością pani Helenka Lipiakowa.

Maciej Markiewicz

Udostępnij:

Podobne

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli