Sezon na marne? Nadzieja jeszcze nie zgasła

Sytuacja wydaje się bez wyjścia, dobrego rozwiązania brak. Lech znalazł się w ślepej uliczce. Kibice są zrozpaczeni, zniechęceni, nadzieje na jeszcze jeden dobry sezon pryskają. Sytuacja drużyny i osoba trenera to teraz główny temat rozmów nie tylko wśród osób związanych z klubem. – Kiedy go zwolnią? – to pytanie zadawane jest najczęściej. To akurat Frederiksenowi nie grozi, bo taka decyzja traktowana jest w klubie jako jeszcze gorsza niż próba opanowania sytuacji z nim na ławce.

Nawet w najgorszych snach trudno było się spodziewać straty sześciu punktów już w pierwszych meczach. Co gorsze, bardziej prawdopodobne jest, że przepadną kolejne punkty niż że drużyna wróci do równowagi. Zimowe przygotowania były nieudane, choć nikt dziś nie zidentyfikuje popełnionych błędów, tak jak nie wskaże sposobu na wyjście na prostą, by wrócić do walki przynajmniej o puchary. Na najbardziej zagubionego wygląda trener. Podczas kolejnych pomeczowych konferencji wskazuje popełniane błędy. Na tym jego rola wydaje się kończyć.

Lech dorobił się piłkarzy, na których nikogo w Polsce nie byłoby stać (może z wyjątkiem Widzewa, którego jednak trudno traktować jako punkt odniesienia). Gracze Kolejorza mogą wygrywać mecze nawet w pojedynkę, ale tylko wtedy, gdy są w formie. Teraz do normalnej dyspozycji im daleko. Z podziwianego jesienią Palmy zrobił się przeciętny zawodnik ligowy. Nie robi użytku ze swych umiejętności, nie odnajduje się na boisku. Chcąc go latem zatrzymać, trzeba wydać prawie 4 miliony euro. Lech się na to nie zdecyduje, jeśli Palma nie wróci do dobrej dyspozycji. A nie wróci, jeśli Frederiksen nie znajdzie pomysłu na niego i na innych. Koło się zamyka…

Władze klubu mają więc o czym myśleć. Czy jest sens sprowadzać drogich graczy, skoro ich potencjał nie przekłada się na jakość drużyny? Najlepszym przykładem jest Rodriguez, czyli Mister Chaos. To zawodnik o sporych możliwościach, ale stał się jeszcze bardziej rozkojarzony niż jesienią. Potrzebuje doświadczonego trenera, który nad nim zapanuje, znajdzie mu miejsce, nauczy współpracy z kolegami. Dziś piłkarz ten się miota. W każdym meczu po przegranych pojedynkach domaga się podyktowania faulu na nim. Normalny trener już kilkanaście meczów temu powiedziałby mu: stary, bądź poważny, nie bierz sędziego na litość, niczego nie wymuszaj, nie marnuj czasu, walcz dalej. Efektem jego stanu duchowego jest pudło sezonu, jakie zaliczył w Gliwicach.

Wbrew temu, co mówią, piszą, czego żądają kibice, przed meczem w Zabrzu w klubie nie wydarzy się nic. Po ewentualnej trzeciej porażce też. Tu nie podejmują gwałtownych decyzji, nawet gdy w grę wchodzi zmarnowanie sezonu, brak kwalifikacji do europejskich pucharów. Najlepszym tego dowodem jest sytuacja po zwolnieniu van den Broma. Nie było reakcji, gdy zespół z meczu na mecz pogrążał się w kryzysie. Był czas, by uratować Lechowi start w pucharach, a Warcie utrzymanie. Reakcji nie było.

Klub o takim potencjale powinien grać w Europie co sezon. Obecny właściciel jest przy Bułgarskiej od 2006 roku, więc ten sezon jest jego okrągłym dziewiętnastym. W ilu Lecha w pucharach zabrakło? W siedmiu, co stanowi prawie 37 procent. Trochę mało, jak na klub z najlepszą w kraju, kosztowną akademią, z drugim budżetem, z wielkim stadionem i najliczniejszą w tej części Europy publicznością. Szkoda, że tylko kibicom daje to do myślenia. Traktują ten klub jako własny, bo związali się z nim uczuciowo, ale wpływu nie mają na nic. Mogą tylko albo przyjść na stadion, albo nie. Póki co nie wyobrażają sobie, by ich zabrakło.

Piłka nożna jest nieprzewidywalna. Zawsze pozostaje nadzieja, że w Zabrzu zdarzy się niespodzianka i Kolejorz nagle odzyska ładne oblicze. Już tylko na to liczą jego kibice.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny