POZIOM – generalnie nie powalał, delikatnie mówiąc. Legia rozczarowała, chociaż to ona dopisuje sobie trzy punkty za zwycięstwo. Lech znalazł się dzisiaj w sytuacji drużyn z którymi ostatnio wygrywał. Niekoniecznie był lepszy, ale to on schodził po meczu jako zwycięzca. Dzisiaj role się odwróciły.
GOL – strzelony po faulu atakującego Radovicia. Marcin Kamiński na co dzień jest grzecznym, dobrze wychowanym młodym człowiekiem. Na boisku takim już być nie powinien, bo przegra akcję meczu w starciu z cwaniakiem boiskowym jakim jest Radović. Zwłaszcza, że grzeczność i kultura sportowej walki to dla Radovicia pojęcia dość egzotyczne.
GRA LECHA – o tym napiszą eksperci. Dla mnie najlepszym Lechitą był Szymon Pawłowski. Za stratę bramki odpowiadają Trałka (pozwolił dośrodkować Jodłowcowi), Kamiński (pisałem o tym wyżej) i Gostomski (stojąc przy bliższym słupku na trzecim metrze nie może puścić dośrodkowania wzdłuż bramki na czwartym metrze – ewidentnie bramkarz Lecha się pogubił przy tej akcji). Reszta – bez fajerwerków, czyli normalnie. Walczyli, stwarzali sytuacje, w drugiej połowie nawet dominowali. Zabrakło jednak żądła w ataku. Teodorczyk pokazywał się głównie jako faulujący w ataku. Zagrożenia dla bramki raczej nie stanowił. Bez napastnika z prawdziwego zdarzenia trudno będzie Lechowi ugrać cokolwiek w kraju. O pucharach – lepiej nie myśleć.
KIBICE – grzeczni i nawet dość kulturalni. Miłe zaskoczenie. I miejscowi, i goście ograniczyli się do dopingowania swoich zespołów. Nie było tym razem wulgaryzmów i chamstwa. Czyli – można. Był to, co prawda doping „radiowy” (określenie Zbigniewa Bońka) czyli słuchając go trudno domyśleć się co dzieje się na boisku, bo bez względu na rozwój sytuacji boiskowej oni i tak tylko ryczą swoje piosenki jak płyta, która się zacięła. Ale jaka liga – taki doping.
TELEWIZJA – Mecz transmitowała TVP i NC+. Reklamowany jako pokaz techniki telewizyjnej, był faktycznie od strony realizacji obrazu pokazany w sposób ciekawy. Gorzej od strony dźwięku czyli komentarza. Tradycyjnie zacząłem oglądać transmisję NC+, jednak po 10-ciu minutach przełączyłem się na TVP. Andrzej Smokowski i Tomasz Wieszczycki w tym czasie podali około tysiąca statystycznych wyliczeń w których zabrakło mi tylko informacji jaki jest odsetek żółtych kartek pokazywanych przez sędziego Gila przy użyciu lewej ręki a jaki przy użyciu prawej. Nie było natomiast komentarza wydarzeń na boisku. W TVP z kolei Tomasz Jasina w charakterystycznym dla siebie pogrzebowo smutnym tonie również serwował ciekawostki statystyczne, ale w ważniejszych momentach starał się ogarnąć komentarzem poczynania piłkarzy. W tle nieśmiało dopowiadał coś jeden z braci Żewłakowów. Tak więc tu obie stacje dały plamę. I może tyle na ten temat.
BOISKO – patrząc na murawę boiska przy Łazienkowskiej żal serce ściska, kiedy przypomina się murawa poznańska, nieuchronnie zmierzająca w stronę bardziej kartofliska aniżeli płyty piłkarskiego stadionu. Zimowa wymiana niewiele pomoże, jeśli nie ma warunków do normalnej wegetacji trawy (czytaj: słońca i wiatru). Budując stadion jego twórcy o czymś takim nie myśleli i dzisiaj mamy bubel, na którym tylko długi mogą urosnąć, bo trawa raczej nie.
PODSUMOWANIE – szkoda tego meczu, bo Legia była do ogrania. Zabrakło tego, co zwykle czyli skuteczności. Jednak żeby ukąsić, trzeba mieć kły. Te, poznański zespół miał tylko w formie mleczaków, którymi większej krzywdy zrobić nie można. Patrząc jednak na grę obu zespołów robi się przykro jeśli jedna z tych drużyn ma walczyć o Ligę Mistrzów, a druga o Ligę Europejską. Z takim poziomem gry Europa dla nas może się skończyć na zespołach z Dalekiego Wschodu lub jakimś Żalgirysie. Taka jest nasza piłkarska rzeczywistość, bez względu na liczbę kamer użytych do realizacji transmisji.



