Ale po kolei. Uwzględniając kuriozalne sędziowanie meczu w Poznaniu nie można sędziego z Danii obarczać odpowiedzialnością za końcowy wynik meczu. Nie można całej winy zwalać na niesportowe zachowania piłkarzy z Utrechtu a zwłaszcza za ostentacyjną – tolerowaną przez sędziego – grę na czas. Nie można się tłumaczyć ambicją i wolą walki oraz przewagą na boisku jeśli nie strzela się bramek albo strzela się za późno. Nie można się podniecać kolejną piękną porażką, jeśli w pierwszych dniach sierpnia, kiedy Europa na dobre nie zaczęła grać, nas już w tej Europie nie ma.
Więc co? Ano to, że Lech jest zwyczajnie za słaby aby w tej Europie, mocno średniej Europie zaistnieć. Całe zło zaczęło się po przegranym Pucharze Polski, kiedy to okazało się, że sezon zaczniemy już w czerwcu. Wystarczyło wygrać z Arką i dopiero wchodzilibyśmy do rozgrywek mając za sobą dobrze przepracowany okres przygotowawczy. Wystarczyło wygrać mecz w Utrechcie, gdzie zwycięstwo było o wiele bliżej niż dzisiaj w Poznaniu. Ale jak wygrać mecz kiedy zawodnik określany mianem napastnika w ostatnim kwadransie koncertowo nieudolnie partoli doskonałe sytuacje strzeleckie? Jak wygrać rewanż, gdzie w pierwszych sekundach (!) meczu obrona zostaje ograna jak dzieci i zaczynamy gonić wynik. Obrona. która w myśl zasady rotowania składem nie stanowi żadnego monolitu.
Trener rotuje składem, żeby zawodnicy we wrześniu nie byli zmęczeni. Ale we wrześniu mamy już tylko ligę i być może Puchar Polski. Trudno o pewność gry jeżeli nie ma jasno określonej tzw. pierwszej jedenastki. Nikt grający dzisiaj nie jest pewny miejsca w składzie w następnym meczu, nawet jeśli rozegra dobre spotkanie. Jak można mówić o zgraniu bramkarza z obrońcami jeśli w każdym meczu jest inny bramkarz i inni obrońcy? Dzisiaj środkowi obrońcy zagrali słabiutko mając duży udział przy obu straconych golach. Brak Jevticia aż nadto obnaża braki w grze ofensywnej i kreowaniu akcji ofensywnych. W całym meczu zawodnicy Lecha dwa (!) razy wykonali prostopadłe podanie w pole karne przeciwnika. Przez większość meczu rozgrywali piłkę w poprzek boiska próbując wrzutek na pole karne.
Poza Gytkjaerem trudno znaleźć w dokonanych zakupach jakiegoś wzmocnienia zespołu. Szumnie komentowane i ogłaszane zakupy, jak na razie, nic ciekawego nie wnoszą do gry zespołu. Trener ma zawodników jakich chciał. Ale jak dotąd korzysta z nich w sposób dość ciekawy. I tu dochodzimy do polityki personalnej trenera. To temat bardzo dla trenera Bjelicy drażliwy. Ale nie sposób przejść obok sytuacji, gdy w meczu o wszystko, gdy gra nie układa się, pierwsza zmiana dokonywana jest w 71 minucie. Kolejne zmiany w ostatnich minutach meczu przypominały desperackie gesty topiącego się człowieka. Na konferencji trener Bjelica powiedział, ze jeszcze nigdy w życiu nie był tak dumny z piłkarzy jak po tym meczu. Owszem, może z nich być dumny za waleczność i serce pozostawione na boisku. To jednak za mało, żeby awansować. Na nic słowa o uznaniu kibiców. Na nic stwierdzenie, że byliśmy lepsi od rywala, ale to on awansował a nie my. Nie wygrywa się meczu ocenami kibiców, dziennikarzy czy szkoleniowców. Wygrywa się bramkami, a tych Lech nie potrafił strzelić wystarczająco dużo, do tego jeszcze tracąc gole na rzecz rywala. Przed nami spokojna jesień bez spiętrzenia terminów kolejnych meczów.




