Pucharowy blamaż

W najczarniejszych snach nie spodziewaliśmy się aż takiej kompromitacji naszej drużyny. Odpadła z Ligi Europy na własne życzenie. Przegrała nie z przeciętnymi Litwinami grającymi na poziomie naszej drugiej ligi, lecz sami ze sobą. W klubie z Bułgarskiej zaczyna się wielka smuta.


  [widgetkit id=12]

Nadzieje były duże, bo wylosowanie Żalgirisu Wilno wydawało się rozwiązaniem bardzo szczęśliwym. Na Litwie nie ma dobrego futbolu – brakuje kibiców, sponsorów, stadionów, a przede wszystkim piłkarzy. Nikt się nie spodziewał, że głównym walorem klubu z Wilna jest polski trener. Z zawodników, z których żaden nie nadawałby się do zespołu klasy Lecha, stworzył mądrze grający, wybiegany kolektyw.

O odpadnięciu Lecha zadecydował pierwszy, przegrany w Wilnie mecz. Lech do sezonu nie jest dobrze przygotowany i nie ma dziś sensu dociekać, czy dzieje się tak za sprawą licznych kontuzji, braku w składzie zawodników decydujących o jakości gry, czy błędów szkoleniowych. Kiedy trzeba było odrabiać straty, brakowało w Lechu piłkarzy potrafiących pokierować poczynaniami kolegów, dobrze rozegrać piłkę, wykonać pod bramką przeciwnika decydujące podanie, celnie strzelić. Gdy zaczynają się nerwy, Lech nie potrafi grać do przodu. Specjalizuje się w stylu a la Bakero. Podania w poprzek boiska są tak nudne, że nawet przeciwnikowi nie chce się za piłką biegać, bo żadnego zagrożenia nie widzi.

Dopiero w 24 minucie Lech egzekwował pierwszy rzut rożny, ale wtedy już przegrywał, bo dał się zaskoczyć kontratakiem. Arboleda dał się ograć jak dziecko, Kotorowski w wyższej formie też prawdopodobnie złapałby piłkę. Mogło być jeszcze gorzej. Lech nieporadnie próbował atakować, ale groźniejsze były nieliczne akcje Żalgirisu. Druga bramka wisiała na włosku. Każde dojście do piłki Mateusza Możdżenia wywoływało głosy oburzenia i gwizdy, bo zawodnik, który tym razem grał na prawym skrzydle, notował stratę za stratą.

Kilka minut po przewie kibice krzyczeli „Rumak rób zmiany!”. Trener nikogo w przerwie nie zmienił, bo bał się kontuzji, a na ławce nie było ani jednego nominalnego obrońcy. Dopiero po kwadransie zdjął Pawłowskiego, czyli jedynego zawodnika próbującego oddawać strzały i Możdżenia. Weszli Lovrencsics i Teodorczyk. Obrazu gry to nie zmieniło. Nadal oglądaliśmy klasyczne bicie głową w mur, co wywoływało narastające oburzenie publiczności. Wbrew nadziejom Litwini nie wykazywali pod koniec meczu zmęczenia, choć grali na czas, kładli się na trawie udając ciężkie kontuzje.

Im bliżej końca, tym głośniejsze były gwizdy i okrzyki oburzenia. Tuż przed końcem Lech całkiem niespodziewanie strzelił dwa gole (Teodorczyk i samobój) i wydawało się, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Lech z poprzedniego sezonu, a zwłaszcza z okresu, gdy miał w składzie kreatywnych zawodników dobiłby słabnącego rywala i awansował. Aktualnego Lecha nie było stać nawet na przyspieszenie gry, Litwini bardzo łatwo przejmowali piłkę i rozgrywali ją daleko od swojej bramki.

Po końcowym gwizdku na widowni rozległ się przenikliwy gwizd, Kocioł skandował niezbyt miłe „pozdrowienia” dla zawodników i trenera. Nie on jest winny kompromitacji, ale ludzie decydujący o budowie drużyny. Jeżeli teraz sprowadzą na Bułgarską kreatywnego napastnika, to uczynią to o dobry miesiąc za późno. Sprawili, że Lech stracił twarz, zaufanie kibiców, a co ważniejsze – miliony euro, które można byłoby przeznaczyć na rozwój klubu.

Trener Marek Zub kurtuazyjnie żałował po meczu, że Polska straciła drużynę w Pucharach. – Awansowaliśmy grając na takim stadionie, przy publiczności, której my nie mamy – cieszył się. Mariusz Rumak twierdził, że piłkarzom nie brakowało ambicji, ale umiejętności, polotu i pewności siebie. Nie poradzili sobie z presją. Nie potrafił odpowiedzieć, z czego wziął się tak katastrofalny regres formy drużyny. Wyraził nadzieję, że uda się odbudować drużynę przed kolejnymi ważnymi meczami, już na boiskach krajowych.

 

Lech Poznań – Żalgiris Wilno 2:1 (0:1)

Bramki: 0:1 Leliuga (29), 1:1 Teodorczyk (87), 2:1 Perić (90-samobójcza)
Widzów: 16326
Sędzia: Ken Henry Johnsen (Norwegia)

Żółte kartki: Teodorczyk – Silenas, Janusauskas, Perić, Freidgeimas, Velicka

Czerwona kartka: Teodorczyk (za drugą żółtą).

Lech: Krzysztof Kotorowski – Hubert Wołąkiewicz, Marcin Kamiński, Manuel Arboleda, Luis Henriquez – Łukasz Trałka, Szymon Drewniak (61. Bartosz Ślusarski) – Mateusz Możdżeń (54. Gergo Lovrencsics), Kasper Hamalainen, Szymon Pawłowski (54. Łukasz Teodorczyk) – Vojo Ubiparip

Żalgiris: Armantas Vitkauskas – Georga Freidgeimas, Andrius Skerla, Luka Perić, Egidijus Vaitkunas – Arturas Żulpa – Rytis Leliuga (88. Takuya Kanai), Paweł Komołow, Mantas Kuklys, Vaidotas Silenas (64. Paulius Janusauskas) – Kamil Biliński (69. Andrius Velicka)

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny

Taktyczna innowacja się broni. Póki co

Nie udało się przywieźć zwycięstwa z Białegostoku, choć niewiele do niego brakowało – determinacji i trochę szczęścia. Strata punktów nie przełożyła się na sytuację w